Obejrzyj na YouTube!
Posłuchaj podcastu:
Opis odcinka
Zajrzymy za kulisy funkcjonowania jednej z najważniejszych instytucji kulturalnych w Gdańsku i porozmawiamy o lokalności, budowaniu strategii, relacjach z mieszkańcami i wyzwaniach stojących przed domami kultury. W odcinku usłyszysz: – Czym jest Gdański Archipelag Kultury? Jak działa sieć domów kultury w różnych dzielnicach i dlaczego system naczyń połączonych ma sens? – Jak budować strategię instytucji tak, by nie była tylko „dla pułki”, ale rzeczywistym przewodnikiem dla zespołu? – Jak rozmawiać z mieszkańcami i odpowiadać na aktualne potrzeby społeczne? – Dlaczego czasem warto wrócić do tradycyjnych form komunikacji – ulotki, listy, a nawet bezpośrednie spotkania – i jak to się sprawdza w praktyce? – Jak radzić sobie z hejtem i wyzwaniami komunikacji w mediach społecznościowych? – Czym są dobre gadżety promocyjne i jak połączyć eko-podejście z kreatywnością? – Jak wygląda codzienność pracy w domu kultury i dlaczego dyrektor też czasem biega z miotłą? To szczera, pełna inspiracji rozmowa o zmieniającym się świecie kultury, budowaniu mostów międzypokoleniowych i prawdziwej sile lokalnych działań.
Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
Transkrypcja
Monika Dylewska-Libera:
nie uważam, że człowiek przeciętny, który na przykład powiedzmy, nawet jest po studiach, ale technicznych, tak? Całe życie jakby techniczne rzeczy go interesowały. I on przyjdzie do galerii, stanie przed jakimś dziełem i on będzie wiedział o co chodziło artyście. Nie będzie tego wiedział. I nie musi tego wiedzieć. On po prostu potrzebuje, żeby mu instytucja dała wiedzę, taką dostosowaną do jego poziomu, z której on będzie mógł skorzystać. I on będzie mógł wtedy odkryć to, na co patrzy.
Marcin Andrzejewski:
Monika Dylewska-Libera i miejsce, w którym się znajdujemy. Trochę matecznik, trochę instytucja, którą zarządzasz, bo jesteś dyrektorką tej cudownej instytucji. Choć miejsce jest nieoczywiste, bo to jest stacja kolejowa. Stacja Orunia.
Monika Dylewska-Libera:
To jest koło stacji kolejowej. Dlatego często wprowadzamy ludzi w błąd i przychodzą do nas kupować bilety. Na pociąg, nie na koncert.
Marcin Andrzejewski:
A to nad tym jeszcze trzeba popracować, ale do tego przejdziemy. Myśmy tutaj byli już wczoraj. Dziękujemy w ogóle za zaproszenie i za to, że możemy się tutaj spotkać u Was w stacji. I jedno pytanie o bilety i jedno pytanie o dojście na peron już do nas trafiło. Tak, faktycznie, że przychodzą, przychodzą. Wykorzystujecie ten ciąg komunikacyjny jakoś?
Monika Dylewska-Libera:
Staramy się czasami wykorzystywać kogoś i zachęcić, żeby może też skorzystał z oferty Domu Kultury, niż nie tylko stacji. Ale faktycznie jest tak, że stacja Orunia jest jednym z oddziałów Gdańskiego Archipelago Kultury, których jest w sumie osiem. Teraz jeden jest w remoncie, więc mamy chwilowo mniej, siedem. Ale jednocześnie jest tu siedziba główna całej instytucji, czyli Gdańskiego Archiwalu Kultury. Więc taka podwójna rola budynku. A historię ma długą, bo w latach 50-tych powstał tu Miejski Dom Kultury. Pierwszy w Gdańsku po wojnie Dom Kultury i taki centralny i właśnie w tej dzielnicy, czyli w Orunii, gdzie jesteśmy.
Marcin Andrzejewski:
Stąd pączkowa kultura.
Monika Dylewska-Libera:
Stąd poczekała kultura w Gdańsku i stąd się rodził sieciowy dom kultury w Gdańsku, bo potem inne oddziały, które mamy były włączane. Historycznie było ich jeszcze kilka innych, ale po prostu niektóre się zamykały, inne się otwierały, więc to jest taka płynna historia oddziałowa.
Marcin Andrzejewski:
Archipelag. Czyli z założenia coś, co mówi nam o tym, że ta struktura nie jest taka oczywista, to nie jest jeden ośrodek kultury, jak z reguły mamy do czynienia, przynajmniej w mniejszych ośrodkach miejskich. Archipelag. System naczyń połączonych, czy oddzielne byty?
Monika Dylewska-Libera:
Nie, zdecydowanie system naczyń połączonych. Pracowaliśmy trochę nad tym, żeby to był system naczyń połączonych, a nie tylko oddzielne byty. Ale żeby też zostawić różnorodność tych bytów. Każdy z tych naszych oddziałów ma jakąś swoją lokalną specyfikę. I to jest super, że jesteśmy właśnie bardzo mocno osadzeni w dzielnicach. Więc jesteśmy blisko ludzi. To jest jedna z takich naszych podstawowych też haseł trochę, można powiedzieć, związanych z naszą strategią, że jesteśmy blisko ludzi, że jesteśmy w dzielnicach, że nie trzeba do nas dojeżdżać, do Śródmieścia. Jednak większość dużych instytucji kultury jest w centrum miast.
Monika Dylewska-Libera:
A my jesteśmy gdzieś na bokach i też realizujemy programy w takich dzielnicach, w których w ogóle nie ma instytucji kultury.
Marcin Andrzejewski:
Takie 15-minutowe miasto kulturalne.
Monika Dylewska-Libera:
15-minutowe miasto. Gdańsk chce być miastem 15-minutowym, więc my się wpisujemy w strategię jak najbardziej. I mamy też taki projekt, który się nazywa Mobilnym Domem Kultury. Od zeszłego roku współpracujemy bardzo mocno z mieszkańcami, czyli to mieszkańcy właściwie realizują ten projekt. Współpracy z nami i wtedy się rozprzestrzeniamy właśnie na tej dzielnicy, gdzie nie ma ani Domu Kultury, często nawet biblioteki. Bibliotek jest dużo więcej niż Gaków w Gdańsku, więc też się staramy współpracować.
Marcin Andrzejewski:
W ogóle mi się bardzo podoba nazwa Archipelag, powiem Ci, że jak dostałem informację, że będziemy mogli tutaj do Was przyjechać, to mówię, ale to jest nazwa cudowna, bo to jest właśnie, od razu mówi, że jest struktura, że to nie jest jeden punkt na mapie.
Monika Dylewska-Libera:
Jednocześnie poetycka.
Marcin Andrzejewski:
No tak. Niech tak będzie. Powiedziałaś o tym, że jesteście w różnych miejscach i w różnych dzielnicach i próbujecie wciągnąć trochę mieszkańców też w działanie. To wynika z obserwacji? To wynika ze strategii? Czy to wynika po prostu ze stanu zastanego?
Monika Dylewska-Libera:
ze wszystkiego tego pokolei naraz. To wynika z obserwacji, chociaż myślę, że przez lata nie prowadziliśmy żadnych takich bardzo profesjonalnych obserwacji. Od dwóch lat staramy się badać też trochę społeczność lokalną. rozmawiać z ludźmi, więc mamy i takie badanie jakościowe i trochę też czasami ilościowe, bo też działamy poprzez angiety. Miasto nas też wspiera w tym, bo miasto też robi swoje badania, więc możemy korzystać po prostu z badań miejskich, z różnych instytucji i też wydziałów, więc po prostu zaczęliśmy bardziej o tym myśleć, jak budujemy w ogóle naszą strategię jako instytucji. Lokalność na nas wymusza ta lokalizacja po prostu naszych oddziałów, czyli to, że od lat 90-tych, wczesnych 80-tych to są po prostu dzielnice typu Zaspa, gdzie jest plama działająca od lat 80-tych, gdzie Wyspa Sobieszewska, też w latach późnych 90-tych tam powstał Dom Kultury z inicjatywy zresztą mieszkańców. Teraz się remontujemy, więc mamy tam chwilową przerwę, ale to też jest takie bardzo lokalne miejsce, bo jednak wyspa jest, sama nazwa wskazuje, jest wyspą. Jest odcięta od miasta po prostu.
Marcin Andrzejewski:
No archipelago, to musi być wyspa, tak?
Monika Dylewska-Libera:
Jest most, więc przynajmniej jedna wyspa jest. Druga wyspa to w sumie stoki też są takie trochę wyspiarskie. Teraz też trzeba przejechać tam przez most, żeby dotrzeć. Tam też mamy Dom Sztuki. Więc ta lokalność i jakby tą strategię budujemy teraz na danych, z których jest łatwiej korzystać niż dawniej było może. Jest to repozytorium różnych danych i gdańskich i ogólnopolskich, więc na pewno z tego bardzo korzystamy w takiej naszej pracy lokalnej, ale też nasi menadżerowie każdego z naszych domów bardzo mocno pracują z mieszkańcami. Spotykają się z nimi, rozmawiają i na tym po prostu budujemy też ofertę. Nie na swoim widzimisie.
Monika Dylewska-Libera:
Bo kiedyś tak trochę było, że bardziej stawialiśmy na swoją wiedzę. Czyli uważaliśmy, że skoro my jesteśmy osobami wykształconymi, to nam przysługuje też taka możliwość decydowania o tym, jaki jest program u nas. A jednak mieszkańcy mają trochę inne zdanie. Bo my chcemy być takim… Idziemy w stronę społecznego Domu Kultury. To jest też taka idea ogólnopolska społecznego domu kultury, czyli po prostu tej idei, od której w ogóle domy kultury w Polsce powstały, czyli ludowych domów kultury, po prostu się zrodziły z potrzeby spotkania ludzi i jakiegoś miejsca, w którym mogą się zbierać. Ale też są ludzie, którzy potrzebują stricte rozrywki i dla nich też musimy gdzieś to miejsce wygospodarować, żeby tą rozrywkę pokazywać, bo taka jest po prostu potrzeba. Ktoś się chce oderwać.
Marcin Andrzejewski:
Potrzeba to jest słowo klucz, bo to powolutku niestety albo stety, ale dociera do całego sektora, bo ja bardzo dużo miałem takich styczności właśnie z menadżerami kultury, którzy byli przeświadczeni o swojej nieomylności. Oczywiście bazując na swoich doświadczeniach plus wykształceniu. Ale nie wiem, czy sektor kultury nie miał, albo nie ma jeszcze, gdzieś, gdzieniegdzie takiej zaszłości i przeświadczenia, że on ma misję i on wie lepiej.
Monika Dylewska-Libera:
Może tak jest, ale to też może wynikać z formatu, bo mamy różne instytucje po prostu. Czyli nie wiem, opera pewnie, albo nawet raczej na pewno, nie będzie bazowała na potrzebach mieszkańców. No to najwyżej może ktoś zgłosi, że chciałby Carmen. w ciągu najbliższych pięciu lat. Jeśli jest na tyle świadomy, że wie, że ten utwór go na tyle fascynuje, że chciałby, żeby w operze go pokazać. Tutaj można bazować bardziej na programie. My się możemy skupić w ogóle na na całościowym budowaniu tego programu w Domach Kultury. Po prostu jest nam o tyle łatwiej, że raz, że jesteśmy wyposażeni często w taką infrastrukturę, że jest u nas jakaś sala, gdzie można pokazać spektakl, zrobić koncert, zrobić wystawę, zrobić warsztaty i tak dalej.
Monika Dylewska-Libera:
Więc jakby ta infrastruktura też na to pozwala. ale też zwyczajnie w świecie spotkać się z mieszkańcami albo nie wiem, jest grupa ludzi, którzy interesują się, nie wiem, lokalnie robieniem jakichś, nie wiem, dbaniem o przyrodę na przykład, tak? I oni mogą znaleźć sobie u nas po prostu miejsce, bo my im udostępnimy tą przestrzeń, żeby się mogli spotykać i gadać sobie o tej przyrodzie, czy zaprosimy im jakieś osoby, jeśli będą mieli taką potrzebę, które ich wesprą merytorycznie, żeby wiedzieć co tam z drzewami zrobić, bo się martwią o to, albo się tym interesują. Oczywiście ja sobie wyobrażam, że w operze takie spotkanie też moglibyśmy zrobić, ale czy ono merytorycznie będzie do tej instytucji Czy koniecznie tam takie spotkanie musi być? Może niekoniecznie. Czyli, że te przestrzenie mogą być otwarte, ale w inny sposób.
Marcin Andrzejewski:
Jasne.
Monika Dylewska-Libera:
Ja też nie jestem taką zwolenniczką, że sama kiedyś pracowałam bardzo długo w Muzeum Narodowym w Krakowie. I jakby to jest też inna instytucja. I ona też musi się otwierać w jakimś sensie. I na bliskie swoje otoczenie, czy na mieszkańców i odbiorców. Ale czy tam wypada, albo czy tam rzeczywiście trzeba zrobić to wszystko, czy może jednak inny format znaleźć dla siebie.
Marcin Andrzejewski:
Na pewno zależy od wielkości instytucji albo od tego, jak wysoką, wysoką kulturę chcemy robić. Ja mam trochę backgroundu z teatrem i faktycznie kiedyś usłyszałem od byłego dyrektora Kaliskiego Teatru, że jego rolą jest ciągnąć widza za uszy w górę, a nie w dół. Ja się z tym zgadzam. Jasne, że tak. Natomiast część instytucji kultury ma taką jeszcze inklinację, że oni też muszą Ciągnąć tego przysłowiowego widza czy swojego odbiorcy za uszy. A właśnie bardzo często rolą jest to, o czym mówisz. Czyli udostępnienie sali, podanie infrastruktury jakby. Ułatwienie integracji, ułatwienie kultury.
Marcin Andrzejewski:
No bo kultura jest przecież bardzo społeczną rzeczą.
Monika Dylewska-Libera:
Tak, ale też z tym przysłowiowym ciągnięciem widza za uszy jest tak, że widz, który nie ma żadnej podstawy. On przyjdzie na spektakl i wyjdzie z niego bez jakby, on będzie miał oczywiście jakieś swoje doświadczenie, ale on nie zdobędzie tej wiedzy, żeby rozkminić się na przykład co reżyser miał na myśli. Ja wiele lat pracowałam ze sztuką współczesną. I jakby ja nie uważam, że człowiek przeciętny, który na przykład powiedzmy nawet jest po studiach, ale technicznych, tak? Całe życie jakby techniczne rzeczy go interesowały. I on przyjdzie do galerii, stanie przed jakimś dziełem i on będzie wiedział o co chodziło artyście. Nie będzie tego wiedział. I nie musi tego wiedzieć. On po prostu potrzebuje, żeby mu instytucja dała wiedzę taką dostosowaną do jego poziomu, z której on będzie mógł skorzystać.
Monika Dylewska-Libera:
I on będzie mógł wtedy odkryć to, na co patrzy. Jeśli on tej wiedzy nie otrzyma na takim poziomie, na jakim on jest, i on nie poczuje się też potraktowany poważnie, bo ja mogę nie wiedzieć na przykład, ja mogę nie znać muzyki klasycznej, mogę się tym nie interesować. Ale jeśli ktoś mi powie, z mojego poziomu, nie będzie mi mówił po prostu, o nie znasz się, nie możesz w ogóle przekroczyć progu opery czy czegoś. to ja tam nie pójdę, ale jeśli ktoś mnie po prostu zachęci, albo stwierdzi, to może opera przyjdzie do domu kultury, skoro ludzie mają tam jakoś łatwiej wejść. I to jest ten poziom, który może tych ludzi zachęcić, żeby pójść dalej.
Marcin Andrzejewski:
Wyobrażam sobie osobę techniczną, która ogląda dzieła Mondriana. Myślę, że mógłby tam znaleźć sporo wykresów.
Monika Dylewska-Libera:
To na pewno, ale jakby, czy nie stwierdzi, jak wiele osób stwierdza, no też bym to namalował. No co za problem, wezmę linijkę, namaluję, tak?
Marcin Andrzejewski:
No ale to już się robi eksperyment, nie? No to niech namaluje, wiesz. No i wtedy wchodzicie wy, cali na białym. Proszę bardzo, mamy tutaj przestrzeń, możesz malować, nie? Jasne, że tak. Kręcimy się wokół strategii, bo od tego troszeczkę zaczęliśmy. A skoro jesteś dyrektorką, no to z tą strategią pracujesz. Ale od kiedy ta strategia się pojawiła? No bo już między wierszami gdzieś tam wyszło, że nie było jej od początku.
Monika Dylewska-Libera:
To znaczy ja myślę, że zawsze ktoś ma jakąś strategię, tylko niekoniecznie ją objawia swoim pracownikom. To też jest tak, nie?
Marcin Andrzejewski:
Każdą własną oczywiście.
Monika Dylewska-Libera:
Bo każdy z nas może mieć tak naprawdę jakąś strategię pracując gdzieś. No teraz pewnie jest o tyle łatwiej, że też jeśli startujesz w konkursie, no to twoja koncepcja jest publiczna, każdy pracownik może ją przeczytać. My sobie też to czytaliśmy wspólnie w instytucji. Też wszyscy pracownicy ode mnie dostali tą koncepcję, więc wiedzieli jakby co ja bym chciała zrobić z instytucją, jaka jest moja baza do pracy. ale też robiliśmy sobie warsztaty wspólnie z różnymi, wzięliśmy takie grono osób z różnych zespołów, z różnych działów też o różnych potrzebach, żeby wspólnie wypracować też taką strategię, czym jakby w ogóle ta instytucja jest. No i po prostu nam wyszło, że jest taką przestrzenią dla lokalnych ludzi, gdzie też chcemy budować nie tylko związki z kulturą, ale też może trochę zależy nam na tym, żeby ludzi uświadamiać, żeby budować to nasze demokratyczne społeczeństwo. żeby walczyć z dezinformacją, że to też jest taka nasza rola, że to nie jest tylko właśnie ta rola, kiedy pokażemy rozrywkowy kabaret na przykład, ludzie przyjdą się pośmieją, chociaż to też jest ta rola, bo w takich czasach żyjemy, że czasami po prostu ktoś nie ma ochoty nawet włączyć w sobie telewizji w domu, ale może ma ochotę pośmiać się z innymi i to jest też super, bo to rozładowuje atmosferę, więc Nasza, ta główna część naszej strategii to jest lokalność, czyli jakby bycie blisko ludzi.
Marcin Andrzejewski:
Wspomagaliście się jakąkolwiek zewnętrzną instytucją, jeżeli przypominam, w budowaniu strategii, czy własnym służbem?
Monika Dylewska-Libera:
Mieliśmy osobę, która nas wspierała, tak jakby bardziej zbierała te nasze, bo czasami jak się po prostu też gada i niekoniecznie się chce tak być bardzo na poważnie, robić takie warsztaty, to zaprosiliśmy osobę z zewnątrz, która po prostu też nas słuchała i po prostu zbierała te nasze potrzeby, żeby nam potem powiedzieć, no tutaj wszyscy się na przykład zgadzacie w tym punkcie.
Marcin Andrzejewski:
Ja bym chciał trochę odczarować słowo strategia, bo ludzie, ja się spotkałem przynajmniej z takim odbiorem, że jeżeli gdzieś pada strategia, to zaraz komuś wyświetla się wielka faktura, którą trzeba zapłacić niezależnej firmie, która przyjedzie i zrobi badania Ja tego nie oceniam negatywnie ani pozytywnie, ale realia są takie, że nie każdą instytucję po prostu na to stać. Więc to jest bardzo ważne, co powiedziałaś, że można to zrobić bazując na własnych doświadczeniach i bazując na własnym zespole.
Monika Dylewska-Libera:
Na własnym zespole plus na wiedzy, która jest naprawdę teraz tak dostępna, też można jakby sobie sprawdzić, co potrzebuje, żeby taką strategię zbudować. I jakby wtedy przeprowadzić te rozmowy z zespołem, czy nawet jeśli sięgnąć dalej z mieszkańcami. My się ograniczyliśmy na razie w tej pierwszej naszej takiej strategii do zespołu naszego i tego jakby jak nasz zespół widzi instytucje. i na zewnątrz, ale myślę, że będzie taki krok, gdzie też mieszkańców zapytamy, jak by widzieli taką instytucję wokół siebie.
Marcin Andrzejewski:
Ja sobie przypominam takie słowa jednego z prekursorów reklamy. Urodził się w 1810 roku P.T. Borners. On powiedział, że bez promocji dzieje się coś strasznego. Nic. Gdyby spalafrazować te słowa, to zastanawiam się, czy nie byłyby prawdziwe takie, że bez strategii dzieje się wszystko. Czy strategia nie jest takim kierunkowskadzem, który pozwala odsiewać te wszystkie rzeczy, które wpadają nam do głowy, albo wiesz, tak zwaną bieżączkę. Czy to nie jest takie kierunkowskaz, który pokazuje, że gdzieś na końcu jest tunel?
Monika Dylewska-Libera:
Jest w stanie, ale trzeba też pamiętać o tym, żeby tak pracować. Właśnie to a propos tych firm, które budują ci strategię, że owszem może przyjść i ja brałam udział w takim kiedyś procesie. budowania strategii, była firma zewnętrzna, była grupa osób wybranych z jakiegoś klucza, z instytucji i budowaliśmy strategię. Tylko, że jakby zbudowaliśmy tą strategię, ale potem, żeby strategia była żywa, ona musi być dla ludzi. I jeśli zespół nie jest do tego przekonany, jeśli zespół nie brał w tym udziału, to ogłoszona nawet najwspanialsza strategia, ona może być o niczym i ona nie będzie się zadziałała po prostu w instytucji, bo będzie albo za trudna, albo ktoś nie będzie się z nią zgadzał, i tak dalej, i tak dalej. Więc jakby to jest też duża praca wewnętrzna, na przykład my cały czas tą pracę właściwie wykonujemy wewnątrz instytucji, Robiąc różne rzeczy i szkoląc pracowników, i rozmawiając po prostu, i się spotykając, i się zastanawiając właśnie nad tym programem, i spotykając się z tymi mieszkańcami na co dzień. Jakby dla mnie to jest to budowanie, czyli że ciągle jesteś w procesie właściwie. Możesz mieć taką strategię z takimi ogólnikami, na przykład zależy mi na tym, jestem otwarty.
Monika Dylewska-Libera:
Nasza instytucja, nie wiem, nie ocenia ludzi. Chcemy, żeby każdy mógł do nas przyjść, żeby się czuł po prostu tu bezpiecznie. Nie chcemy po prostu, nie wiem, takiego budować środowiska zamkniętego, gdzie jedna grupa tylko społeczna się czuje dobrze, a inne nie, bo już nie są mile widziane. Więc staramy się tak robić, ale trzeba pamiętać, że jesteśmy ludźmi. Ja pracuję też z ludźmi. Ja nie jestem w stanie codziennie stać nad każdym i widzieć w jaki sposób on się zachowuje, jaką on postawę reprezentuje, tak? Więc tu naprawdę dużo zależy od takiej nieustającej i ciągłej pracy.
Marcin Andrzejewski:
Jak przekonać zespół, że strategia jest dla nich, a nie dla pułki? Widzi mi się, że to nie jest pułkownik, który został zrobiony tylko po to, żeby zrobić.
Monika Dylewska-Libera:
Nie wiem, ja chyba przekonuję zespół.
Marcin Andrzejewski:
Jakoś się udało, no nie mówmy.
Monika Dylewska-Libera:
Ja próbuję przekonywać zespół jednak tym, że ja tak działam, no. Że ja sama tak działam i że oni widzą jak ja pracuję i że ja jestem w pracy i że pracuję. I że też się spotykam z ludźmi może na innym poziomie, bo ten podział gdzieś jednak jest. Ja się spotykam bardziej z tymi politykami czy z naszym lokalnym samorządem, czy dbam o te relacje. z urzędnikami i też tego, żeby instytucja była dobrze postrzegana w mieście. Bo jesteśmy jednak samorządową instytucją kultury. To miasto nas założyło i też dba o nasze finanse itd. Więc pod tym względem to też jest ważna część tej pracy naszej, żeby o te relacje dbać.
Marcin Andrzejewski:
Relacje. Bardzo lubię te słowa. Jak masz zespół, oni czują jakąkolwiek presję związaną z czasami, w których żyjemy i mówię tu o aspekcie, wiesz, w takiej hiper-obecności, że teraz mam wrażenie, że wszystko jest na sprzedaż, że cały proces jest pokazywany, że wszyscy chcą być w mediach społecznościowych, wszyscy chcą tworzyć treści, nie znoszę tego słowa, ale tak to jest określane, czy oni czują albo presję, albo potrzebę pokazywania się. Bo bardzo często w instytucjach kultury pracują ludzie, którzy są fantastyczni merytorycznie, ale są np. introwertykami, albo nie mają tzw. oparcia na szkło.
Monika Dylewska-Libera:
I są nadwrażliwcami.
Marcin Andrzejewski:
Zapewne też.
Monika Dylewska-Libera:
Ale też są indywidualistami, więc tak. My nikogo nie zmuszamy do tego. I bardzo tak jakby my zdecydowaliśmy się, że prowadzimy też jakieś profesjonalne media społecznościowe, jakiś LinkedIn i tak dalej. I tam mówimy głównie o właśnie takiej profesjonalnej stronie naszej pracy. A nie o wydarzeniach. Taką decyzję podjęliśmy. No więc jest taki grono pracowników, które się też w to angażuje. I jest takie grono, które się w ogóle nie angażuje, bo albo ich w ogóle nie ma w będziech społecznościowych i w ogóle ich to nie interesuje.
Monika Dylewska-Libera:
Albo po prostu nie chcą tego współtworzyć, bo uważają, że jakby ich indywidualne treści i jakieś takie artystyczne różne, bo też z wieloma artystami współpracujemy, no to jakby to nie jest, że tak powiem, przysłowiowo na sprzedaż. Czyli jakby niech instytucja sobie radzi za mało. a moje fajne rzeczy są moje. Więc jakby pod tym względem, no to różnie bywa z taką współpracą też pracowniczą, ale ja osobiście mam też takie może trochę kontrowersyjne poglądy, że nachodzimy w zamknęła wszystkie media społecznościowe.
Marcin Andrzejewski:
Ja też.
Monika Dylewska-Libera:
Bo nie tworzą realnych kontaktów.
Marcin Andrzejewski:
A tutaj bym poproblemizował.
Monika Dylewska-Libera:
Ale jakby w takim sensie też tego, co się dzieje w mediach społecznościowych. Są media społecznościowe, które naprawdę stały się takim ściekiem, używając takiego dosyć mocnego słowa. Też zalewem fake newsów, zalewem po prostu hejtu, które nie jest koniecznie generowane przez prawdziwych ludzi. Więc jakby pod tym względem uważam, że często to buduje też niepotrzebne konflikty.
Marcin Andrzejewski:
Jakoś się trzeba przez to przebić. Właściwie każda osoba, która chce pójść ze swoją informacją przez ten lub inny kanał, musi się przez to przebijać. Czy też opracowywaliście jakieś strategiczne podejście do tego typu rzeczy? Jak komunikować w sytuacji, kiedy musimy się przez ten ścieg przebić?
Monika Dylewska-Libera:
To znaczy mamy taką strategię, żeby odpowiadać na komentarze tak, żeby też ludzi nie nakręcać, więc staramy się to robić w taki sposób, żeby, to zależy oczywiście co się dzieje w tych komentarzach, ale pracujemy na faktach, to jest jakby, to jest podstawowa, ciągle to powtarzamy po prostu, że pracujemy, że rozmawiamy o faktach, że jeśli Ktoś zarzuca nam jakąś instytucję, jakiejś rzeczy, które są absolutnie nieprawdziwe. My przedstawiamy wyłącznie fakty. Nie polemizujemy z tą osobą, nie wchodzimy w jakieś emocjonalne dyskusje. Dajemy o sobie fakty. Jeśli jest po naszej stronie jakiś wykrzacz, nie wiem, miał być warsztat, nie było go. Z jakichś powodów ktoś nie zadbał o to, żeby komunikacyjnie poinformować ludzi, no to staramy się jakoś przepraszać. zapraszać na kolejne, czy w jakiś inny sposób zadbać też o te osoby, które po prostu zostały przez nas gdzieś pokrzywdzone. Bo mamy też w swojej strukturze taki obiekt jak lodowisko i tam mamy nieustające dyskusje z naszymi klientami, bo to jest bardziej komercyjny obiekt, który prowadzimy.
Monika Dylewska-Libera:
Więc to też nas dużo uczy takiej jakiejś pokoryty. No po prostu my jesteśmy też instytucją publiczną, więc staramy się dbać o tą przestrzeń i nie wchodzić w jakieś hejterskie interakcje. Więc pod tym względem zespół bardzo musi też się pilnować tak naprawdę.
Marcin Andrzejewski:
Robiliście jakieś szkolenia? Są do tego przygotowani merytorycznie? Bo wiesz, to jest tak, że bardzo łatwo ulec emocjom.
Monika Dylewska-Libera:
Robimy szkolenia. Nasze osoby z promocji też mają w sumie takie często różne szkolenia i spotkania. Ostatnio mieliśmy taką trudną sytuację też właśnie związaną z aspektem programowym. grupa osób oskarżała o różne rzeczy. Więc ja napisałam oświadczenie i koleżanka, która pełni rolę takiego naszego rzecznika prasowego też to oświadczenie odczytała. Podczas wydarzenia też część tej informacji została podana. I tutaj akurat my jako taka instytucja, która naprawdę pracuje z bardzo różnymi grupami osób, Ja sama miałam taką świadomość przez chwilę, że nie jesteśmy przygotowani na taką bardzo kryzysową komunikację. A więc nawet się zastanawiamy nad kimś, kto mógłby nas wesprzeć i pomóc nam jakby przygotować się na to.
Monika Dylewska-Libera:
Jak reagować, tak? Żeby właśnie nie było emocji, żeby nie też eskalować sytuacji.
Marcin Andrzejewski:
Spróbujecie włączać w ten łańcuch albo obieg informacji także jakieś media lokalne. Nie mówię o społecznościowych.
Monika Dylewska-Libera:
Jeśli media lokalne są już włączone przez drugą stronę no to my nie musimy nic robić.
Marcin Andrzejewski:
No tak, jeżeli są po drugiej stronie, to wtedy.
Monika Dylewska-Libera:
Niekoniecznie są po żadnej stronie, że tak powiem. Natomiast jeśli ktoś już powiadomił media, no to ja nie muszę wykonywać sytuacji pod tytułem powiadamiania media, bo one się już pojawiają na starcie. Więc bardziej my staramy się wtedy po prostu te swoje fakty przekazać. Jakby to, co my wiemy, że jest w instytucji, a nie po prostu jakiś zachłyśnięcie jakąś chwilową sytuację.
Marcin Andrzejewski:
Jasne, ale po drugiej stronie zawsze są ludzie.
Monika Dylewska-Libera:
I teraz pytanie… Tak, po każdej stronie zawsze są ludzie.
Marcin Andrzejewski:
Tak, jak współpraca z mediami, która odbywa się, domyślam się, ciągle, no bo wy cały czas coś tworzycie, więc media mogą cały czas informować lub wpisać o tym, co tutaj wychodzi spod… Tak, i wbrew
Monika Dylewska-Libera:
pozorom nie masz, nie jesteś w stanie się przygotować na to, co strigeruje kogoś, kogokolwiek. bo to naprawdę może być, nie wiem, jednych strigeruje, że warsztaty świąteczne robimy, a innych, że pokazujemy popowe kino queerowe.
Marcin Andrzejewski:
To się da połączyć.
Monika Dylewska-Libera:
Można wszystko połączyć. Można wszystko połączyć. Jakby się chciało.
Marcin Andrzejewski:
Strategia PR-owa pomaga, pomogłaby, gdyby była, jest, PR jest w ogóle cudowną zbitką słów.
Monika Dylewska-Libera:
Tak, ja się właśnie śmieję zawsze, że jakbyśmy mieli może jeszcze 10 etatów dodatkowych, to może byśmy jeszcze mieli PR-owca na etacie. Nie mamy w sumie PR-owca na etacie. To znaczy mamy koleżankę, która moim zdaniem ma świetne umiejętności PR-owe, ale nie zawsze chce je wykorzystywać, bo woli się zajmować dostępnością. I jakby ja to szanuję. Natomiast jak my budujemy swój PR? Budujemy go też tak, że w środowisku, jeżeli tak powiem, bo w bańce może łatwiej jest kulturalnie budować taki PR w swojej instytucji, więc Pokazujemy się kulturalnie, więc jeździmy na różne spotkania. Jesteśmy w różnych grupach naszych, takich wewnętrznych, ogólnopolskich, bo pięć lat temu, jak ja zaczynałam tutaj pracę, to naprawdę, nie wiem, większość osób nie słyszała w ogóle o Gdańskim Archeologu Kultury i część środowiska w ogóle takiego, związanego w ogóle z domami kultury, z animacją kultury, nie wiedziała, że Gdańsk w ogóle ma domy kultury. Więc jakby dużo się zmieniło, dużo pracy wykonaliśmy też takiej właśnie i się spotykając, i jeżdżąc, i występując na różnych debatach i spotkaniach po to, żeby to budować. A w związku z tym też wzrosła taka świadomość i w mieście, że jest taka instytucja i co my przede wszystkim robimy.
Monika Dylewska-Libera:
Bo oprócz tego, że jesteśmy domami kultury lokalnymi, to robimy też wielki międzynarodowy festiwal teatralny, który do tej pory był przypisany jednemu z tych domów kultury. Więc tak jakby ta marka była budowana pod tamtym domem kultury, a nie pod instytucją. Więc nawet część osób się zdziwiła dwa lata temu, że o, to my robimy teraz fetę, tak? Nie, feta zawsze była robiona przez Gdańskiej Archiwala Kultury, tylko że zawsze w nazwie było, że robi go plama na zaspie. Więc to zmieniamy i teraz jakby to instytucja jest główną taką marką przy festiwalu, żeby to było jasne, że to ta instytucja i to osoby tu pracujące wytwarzają ten festiwal, a nie po prostu jakaś jedna z naszych odnóg. I tak samo zrobiliśmy z dużymi innymi wydarzeniami, bo na przykład opiekujemy się teatrem leśnym we Wrzeszczu, tam robimy cykły koncertów jazzowych, teraz też i rockowych, i muzyki alternatywnej, bo jakby połączyliśmy tam różne combo, ale też to było przypisane do jednego z naszych oddziałów, a nie miało wspólnego z marką główną, czyli z gagiem. Więc jakby takie rzeczy po prostu odkręcamy. Od dwóch lat to odkręcamy i staramy się, żeby był widoczny gag. Też się jakby zastanawialiśmy nad tym skrótem, czy go używać, czy go nie używać, tak, no bo jest ładna, mamy ładną nazwę Gdańskiej Archiwala Kultury, ale ludziom on nic nie mówi, ta nazwa.
Monika Dylewska-Libera:
Mówię do ciebie, o cześć, pracuję w Gdańskim Archipelagu Kultury, a ktoś mówi, a co to jest? Więc za każdym razem musisz tłumaczyć, no to jest taki sieciowy Dom Kultury w Gdańsku, więc musisz zawsze to dodawać. Więc tak PR-owo też zdecydowaliśmy, że się często pojawia to, że jest na przykład GAK, sieć domów kultury, albo lokalne domy kultury, że dodajemy też ten opis gdzieś w przestrzeni medialnej, żeby dla ludzi było to jasne i żeby nie było tych dodatkowych pytań, tak? No jakby Dom Kultury większość osób rozumie, co to jest Dom Kultury.
Marcin Andrzejewski:
Powiedzmy, że ja nie rozumiem. Wy działacie jako dom kultury i wytwarzacie kulturę, czy jesteście także impresariatem?
Monika Dylewska-Libera:
Jesteśmy też czasami impresariatem. Jesteśmy też czasami impresariatem, bo zapraszamy spektakle na przykład z Polski, takie bardziej rozrywkowe. Robimy koncerty też bardziej rozrywkowe, w których nie ma żadnego przesłania, że tak powiem. Bo oczywiście też działamy w drugą stronę, czyli pod jakiś temat, który chcemy mieszkańcom pokazać, objawić albo z nimi dogadać. Szukamy wtedy, jakby tak bardziej kuratorsko działamy. I to samo jest z wystawami. Ale też jesteśmy impresariatem, robimy Sylwestra. Robimy dwa wielkie koncerty sylwestrowe w Gdańsku, więc jakby pod tym względem trochę agencyjnie nawet czasami działamy.
Marcin Andrzejewski:
W momencie też zaplecze. Dobrze kojarzę infrastrukturę.
Monika Dylewska-Libera:
Mamy zaplecze techniczne, mamy przede wszystkim ludzkie zaplecze techniczne. Też będzie dzisiaj Michał, który będzie opowiadał o swojej części. Michał ma ogromne doświadczenie w produkcji wydarzeń na Gdańsku i nie tylko. Więc z tego też korzystamy, z tego ludzkiego naszego zaplecza. Ale też mamy po prostu takie formaty, które są bardziej impresaryjne niż kuratorskie. Czyli wszystko.
Marcin Andrzejewski:
Można by powiedzieć każdy aspekt.
Monika Dylewska-Libera:
W kulturze to tak, no może nie robiliśmy opery, chociaż mieliśmy taki projekt związany z dostępnością, gdzie nazywał się Opera nie ma i był rzeczywiście nawiązywał do takiej opery. Nie powiem teraz dokładnie, bo nie chcę skłamać, a nie pamiętam dokładnie daty powstania tego dzieła. Natomiast połączyliśmy dzieci z niepełnosprawnością słuchu, z dzieciakami słyszącymi i stworzyliśmy też taki spektakl na bazie języka migowego. Więc dwie takie edycje się odbyły takiego działania teatralnego też z dziećmi głuchymi.
Marcin Andrzejewski:
Sky is the limit. Jak tak słyszę, co robicie przez tę naszą rozmowę, to tutaj jest ogromne pole, które próbujecie jakoś zagospodarować. Widzę już oczami wyobraźni jak dział promocji, który musi to wszystko zakomunikować i kolokwialnie mówiąc sprzedać po prostu ludziom.
Monika Dylewska-Libera:
Tak, to jest trudne. To jest ta część bardzo trudna, kiedy ma się wiele oddziałów i postanawia się stworzyć jeden zespół komunikacji, a który obsługuje wszystkie te media społecznościowe, wszystkie te kanały po prostu na Instagramach, Facebookach i tak dalej i tak dalej. Po prostu, że to jest jednak Mamy tego dużo i ciągle jesteśmy przed taką decyzją, co z tym zrobić. Czy zostawiać wszystkie te kanały, czy może skupić się na jednym, dwóch, czy jakby bardziej to skompresować, tak żeby, więc tak nie jesteśmy do końca pewni jaką decyzję podjąć, więc też się trochę konsultujemy z osobami z zewnątrz, żeby nam doradziły. Ale jest tego dużo. Oprócz tego właśnie strona internetowa, cała ta infrastruktura, że też jednak plakatowanie. Ale wróciliśmy do prostego narzędzia, które oczywiście wiele instytucji kulturystyków korzysta i to mam wrażenie jednak działa, czyli do newslettera. Bo jednak to jest coś, co ja sobie wybieram, z tej instytucji chcę dostawać newsletter, dostaję go, przeczytam go, sprawdzę co się dzieje, skorzystam albo nie skorzystam.
Monika Dylewska-Libera:
Ale jednak jest to taka dobrowolna forma też zabrania czegoś od instytucji. I to jest fajna forma w ogóle komunikacji też z naszymi użytkownikami. To jest coś, co nam rośnie cały czas. Czyli coraz więcej osób korzysta z newslettera.
Marcin Andrzejewski:
No tak, to jest łatwe do mierzenia też. Potem prawie każdą aktywność możemy z użytkownika zmierzyć. No i ten użytkownik sam podejmuje decyzję, że on chce od nas informację, a nie wpadamy mu jak otwiera lodówkę rano, nie? Z kolejną informacją.
Monika Dylewska-Libera:
I to też jest taka, mam wrażenie, trochę fajna forma na też kryzysowe działanie. Czyli na przykład, nie wiem, coś nam się, wszystko nam się wysypało. Ale mamy newsletter, czyli te kilka tysięcy osób, które zasubskrybują ten newsletter, możemy powiadomić, że słuchajcie, mamy coś na ostatnią chwilę.
Marcin Andrzejewski:
To się zupełnie inaczej też mierzy. Właśnie, instytucja kultury też musi raportować do swojego organizatora. W waszym przypadku to jest miasto. zupełnie inaczej podchodzą do tego ludzie, którzy się na tym znają, a trochę inaczej osoby, które muszą tylko te wskaźniki porównać. I teraz tak, ja pamiętam taką prezentację, którą miałem kilka lat temu tutaj w Gdańsku na marketingu w kulturze, o wartości lajka i subskrypcji na YouTubie. Że wiesz, osoba oceniająca, która nie jest specjalistą w tej dziedzinie, dostaje Excela i ma także, kiedyś było 3000 lajków, a teraz masz 200 subskrypcji na YouTubie. I pomimo, że zaangażowanie użytkownika jest zupełnie inne i te 200 subskrypcji na YouTubie może ważyć i robić instytucji o wiele lepsze wyniki, zasięgi w zależności od tego, co sobie tam założy. to 3 tysiące do A200, no to dla takiej osoby może być mylące, nie? I newsletter też nie jest łatwą, łatwą platformą, łatwym narzędziem w tym temacie, bo mówisz, że masz kilka tysięcy subskrybentów i ktoś by powiedział, no dobrze, no ale Trójmiasto ma ile osób, czy Gdańsk ma ilu mieszkańców.
Marcin Andrzejewski:
Co to jest kilka, dokładnie, co to jest kilka tysięcy w stosunku do miliona? A to jest kilka tysięcy, ale zaangażowanych. Takich waszych i to jest bardzo ciekawe narzędzie. I tak jak wspomniałeś, trochę ludzie od tego odeszli. Był taki moment. W biznesie on się bardzo świetnie sprawdza. Sektor taki komercyjny bardzo często korzysta z newsletterów. Także ze względów strategicznych, tak jak mówiłeś. Mieliśmy teraz w ciągu ostatniego miesiąca dwie duże awarie Cloudflare.
Marcin Andrzejewski:
To jest taki serwis, na którym stoi spora część internetu. No i nie ma, nie działa. A newsletter, jeżeli jest zrobiony na własnym serwerze, no to jest bezpieczniejszy. Dotarcie jest większe. Zastanawia mnie też, czy masz jakiekolwiek informacje albo statystyki, jak wygląda odbiór w grupach wiekowych newslettera, bo to są bardzo ciekawe rzeczy.
Monika Dylewska-Libera:
Nie, właśnie statystyk w grupach wiekowych nie mamy i chyba nie zbieraliśmy niestety, bo trochę już tych danych też zbieramy właśnie i zbieramy takie dane z Google’owej, zbieramy z wszystkich mediów społecznościowych dane, ale teraz coraz więcej też zbieramy po prostu danych na żywo, bo tak poprosiliśmy pracowników, żeby za każdym razem też pytali ludzi, na przykład skąd przyjechali. To jest niby prostym pytaniem, ale się okazuje, że robimy lokalne działanie, a tam sami ludzie z innych dzielnic. Więc, kurcze, lokalsi niezainteresowani. I tutaj zawsze sobie zadajemy pytanie, co jest nie tak. Z Wyspą Sobieszewską tak mamy, ale się śmieję, że tam musimy po prostu robić koncerty, a nie spacery przyrodnicze. Bo też ludzie, którzy są otoczeni przyrodą, nie mają tak do końca, bo nie zawsze mają po prostu… Jeśli tam żyją od zawsze, bo ci, co się przeprowadzili, no to pewnie w jakimś konkretnym celu, ale na przykład właśnie, żeby być bliżej przyrody, ale ci, którzy żyją tam od zawsze, tam nie do końca mają potrzeby po prostu, jakby uczestniczenia w tego typu działaniach. Więc rzeczywiście na wyspie teraz, jak mamy zamknięte tam kultury, nie robimy koncertów, czy spotkań jakichś, to robimy dużo przyrodniczych rzeczy i mamy cały Gdańsk, ale nikogo z Wyspy Słoweczewskiej.
Monika Dylewska-Libera:
Na przykład tak porównując takie dane. Ale te wiekowe dane to zawsze jest dla nas też problem. Bo jesteśmy w stanie oczywiście sprawdzić ten wiek uczestników różnych spotkań czy zajęć i tutaj raportować, ale to jest zawsze tak jak ktoś prosi wyjątkowo np. nie wiem czy GUS czy właśnie nasze miasto, a dajcie nam statystyki, ile uczniów między pierwszą a trzecią klasą przychodzi do waszych domów kultury, no to wygrzebywanie tych danych, to nie powiem, jest spora praca. Jeśli w ogóle jesteśmy w stanie określić dokładnie.
Marcin Andrzejewski:
To już jest spore zamężenie. Ja się tak zastanawiałem, bo różne metody docierania do różnych grup sprawdzają się Mniej lub bardziej. Newsletter żeśmy przerobili. Ja bardzo lubię odkrywać jak ludzie odkrywają z powrotem ulotkę.
Monika Dylewska-Libera:
Ulotkę, tak. Plakat.
Marcin Andrzejewski:
Wszyscy mówią nie, no gdzie, no teraz, musimy dać teraz posta na Facebooka. A to są rzeczy, które działają. Nie wszędzie, nie na każdą grupę docelową i zapewne nie do każdego wydarzenia. Ale ulotka, plakat, takie rzeczy one Kiedyś było ich bardzo dużo, potem wszyscy od tego odeszli i teraz zaczynają być wyróżnikami znowuż. Nie powiem, że to jest jakaś prestiżowa forma komunikacji, ale wyróżnikowa na pewno.
Monika Dylewska-Libera:
Chociaż ładna ulotka może być też prestiżową formą. My nawet się zastanawialiśmy, bo ja śledzę jakoś dużo różnych brytyjskich organizacji i jedna z nich postanowiła pisać listy. Takie fizyczne. listy do swoich odbiorców to akurat byli seniorzy. I seniorzy niesamowicie na te listy się cieszyli, bo po prostu przychodziła do nich jakaś prawdziwa napisana korespondencja z jakimś tematem, jakąś opowieścią, z jakąś historią. I to też wydaje mi się, że naprawdę oczywiście to jest czasochłonne, bo to trzeba przygotować, to treść trzeba wygenerować. Ale wydaje mi się to niezwykle uroczą metodą dotarcia do pewnych grup. Zapewne nie do każdej.
Monika Dylewska-Libera:
Nawet młodzi ludzie teraz często wracają do różnych analogowych rzeczy. Nawet w fotografii. Widzimy coraz więcej młodych ludzi, którzy biegają z tymi zenitami z lat 70. Więc jakby to wraca i też trochę się ludzie czegoś innego chcą uczyć też. Tak jak robótki ręczne stały się modne i też w tych naszych grupach, które do tej pory były stricte takie seniorskie i tylko seniorki przychodziły sobie tam dziergać nagle. Wow, międzypokoleniowe grupy. Dwudziestolatki i sześćdziesięciolatki razem.
Marcin Andrzejewski:
Wynika z jakich działań włączających, czy po prostu zrobiła się moda?
Monika Dylewska-Libera:
To wynika z mody moim zdaniem ogólnoświatowej. To nie jest kwestia Polski. Na zachodzie to się dzieje od lat, w Danii. Oni to strasznie promują w mediach społecznościowych. Więc tam to jest bardzo powszechne. Wszyscy tam umieją robić szalik. Panowie i panie, nie ma podziału. Więc to dociera też do Polski i coraz bardziej młodzież też jest zainteresowana tego typu rzeczami.
Marcin Andrzejewski:
Macie lodowisko? Macie osoby, które potrafią zrobić szalik? Widzę biznesplan od razu.
Monika Dylewska-Libera:
Tak, mamy ludzi, którzy potrafią zbudować najlepszą scenę w Polsce przynajmniej. W sensie takim pod nawet wydarzenie telewizyjne, więc mamy duże zasoby, kadrowe też.
Marcin Andrzejewski:
Ale te listy mnie rozczuliły. Teraz będę czekał na listy Instytucji Kultury. Choć jeszcze nie jestem seniorem.
Monika Dylewska-Libera:
Czy to nie mogłoby być piękne działanie? Nawet takie teatralne.
Marcin Andrzejewski:
To jest piękne działanie.
Monika Dylewska-Libera:
Przed spektaklem ludzie dostają list najpierw, muszą go przeczytać, mogą go przeczytać, potem przychodzą zupełnie inaczej przygotowani na ten spektakl.
Marcin Andrzejewski:
Myślałem, że będziemy rozmawiać o strategiach, a tutaj takie rzeczy. Można typy gotowe od razu dostać. Ale to jest piękne, bardzo mi się podoba. Tam jest jeszcze jeden aspekt, przy robotkach ręcznych, na które zwróciłem uwagę, czyli łączenie pokoleń.
Monika Dylewska-Libera:
Łączenie pokoleń, ale też nawet wykorzystanie tego, bo koleżanka tutaj robiła świetną akcję, też taką właśnie PR-ową. Kiedy nasze mamy tutaj akurat na Oruni jest taka grupa, która jest związana bardzo z Orunią i się nazywają Zdolną Orunią, bo ta część Oruni, chociaż to jest oryginalna Orunia, Często nazywana jest mylnie dolną orunią, bo jest też osiedle, które powstało na górce i się nazywa górną orunią. Ale oruniacy są przywiązani raczej do tego, że są oruniakami i tutaj z tą dolnością nie ma nic wspólnego, bo w Gdańsku jest raczej dolna miasta. Natomiast mamy zdolną orunię, to jest taka gra słów też, że jest zdolna orunia, więc oni są niby zdolnej orunii, ale zdolne są. Więc ta gra słów została wykorzystana i dziewczyny kiedyś zrobiły ogromną pisankę. I to była świetna akcja PR-owa, to okres się wydarzyło w pandemii. One zrobiły tą gigantyczną pisankę, wydziergały tam, potem zamówiliśmy taki wkład steropianowy do środka, żeby to mogło stać. Więc wszystkie telewizje tu się zjechały, żeby tą pisankę filmować.
Monika Dylewska-Libera:
Więc jakby to, dużo jest takich rzeczy, które się wydają, że są proste, Ale np. jak ja ciągle dostaję pytanie np. od różnych osób, od nas z zespołu, słuchaj, to jakie gadżety robimy? Jakie gadżety robimy? Ja mówię, my nie robimy gadżetów, bo ja ciągle wszystkim, jak do nas przyjeżdżają, mówię, słuchaj, my nie mamy gadżetów, bo my tacy eko i po prostu nie robimy gadżetów. Ale z drugiej strony ciągle to pytanie o te gadżety wraca. To jaki gadżet robimy? I gdzieś w tej przestrzeni słyszysz ciągle, no przecież ja już mam dosyć tych kółków, tych torek, no przecież ile bym zabierała tych smyczy, znowu jakiś długopis i tak dalej. Ale naprawdę można zrobić też cudowne gadżety. Można wykorzystać też te umiejętności tych wszystkich osób, które z tobą są. I w Domach Kultury my ich mamy dużo.
Monika Dylewska-Libera:
Ten potencjał jest duży, bo i ceramiki z nami współpracują i tak dalej. I te nasze dziergające babki. I naprawdę widziałam świetny pomysł wam, ale nie mogę go zdradzić, na gadżet naszego Domu Kultury. który będzie miał związek z dzierganiem i z emocjami.
Marcin Andrzejewski:
Właśnie wszystko co jest związane z zierganiem mnie pasuje, bo ja jestem z marzlakiem, więc wszystko co jest miękkie i ciepłe, to ja przyjmuję. Wiesz, że ja mam najcudowniejsze wspomnienie, jeżeli chodzi o gadżet taki, który dostałem z Instytucji Kultury, no bo z IKM-u właśnie z Gdańska. To była ceramiczna, odzyskana, z bardzo fajną historią, ceramiczna doniczka. po prostu pomalowana ręcznie przez kogoś. Tam była historia, która też była bardzo rozczulająca. Do tego była seszetka chyba z lawendą do zasiania i nic więcej. I ten gadżet pracuje i żyje w domu jakby przez długi czas. No Zielona Instytucja Kultury, no to ja wiem, ja też nie jestem zwolennikiem robienia…
Monika Dylewska-Libera:
No albo przynajmniej, żeby to hasło tej Zielonej Instytucji Kultury, bo jesteśmy w takiej sieci na Pomorzu, nie było puste, no to żeby się chociaż zastanawiać. Bo jak robimy festiwal FET-a, to robimy tam gadżety, robimy tam rzeczywiście koszulki, bo co roku też zapraszamy grafików różnych fajnych do robienia naszej identyfikacji. I rzeczywiście to jest coś, co ludzie chcą, gromadzą, to jest wręcz już przedmiot kolekcjonerski. Czyli ktoś się chwali, o ja mam z 20 FET koszulkę na przykład. Więc jakby są osoby, które to co roku kupują tą koszulkę dlatego, że jest dla nich taki po prostu przedmiot kolekcjonerski, który oni zbierają. Z każdej chwety mam koszulkę i coś tam. Więc jakby pod tym względem, ale to też jest cały czas takie zastanawianie się, po co też tak naprawdę to robisz, po co kolejny kubek masz wyprodukować albo kolejne coś. Masz projekt? Fajnie, możesz na to wydać kasę ekstra, ale no to zrób chociaż coś, co jest przydatne.
Monika Dylewska-Libera:
No my na przykład ostatnio zrobiliśmy parasole. W Gdańsku często pada. Więc stwierdziliśmy, dobra, to zrobimy trochę parasoli, żeby mieć po prostu przy okazji różnych festiwali. W tym roku padało strasznie.
Marcin Andrzejewski:
W tym roku padało wszędzie, zawsze.
Monika Dylewska-Libera:
To prawda na Fecie mamy taki subwar view, że z parasolami spektakl się nie ogląda, trzeba mieć pelerynę. Też co roku się zastanawiamy, zróbmy pelerynę, ale materiały z jakich moglibyśmy zrobić te peleryny, firmy, które produkują te peleryny, no po prostu… Nie chcemy, żeby ktoś wyrzucił to zaraz na śmieci, tylko jak już mielibyśmy wyprodukować tą pelerynę, no to sobie myślimy, dobra, ale to żeby była na trzy edycje fety co najmniej, nie, do użycia. I tutaj jakby następuje taki problem, że problem już na stricte taki biznesowo-produkcyjny, no. Wyprodukuj pelerynę, którą ktoś ma kupić za 160 złotych. No na naszej fecie tego nikt nie kupi, nie, za takie pieniądze.
Marcin Andrzejewski:
Czyli szukamy firmy, która wyprodukuje. Tanio, dobrą pelerynę.
Monika Dylewska-Libera:
Dobrej jakości. Najlepiej w Polsce.
Marcin Andrzejewski:
Najlepiej w Polsce, która przetrwa przynajmniej 3 sezony.
Monika Dylewska-Libera:
Tak.
Marcin Andrzejewski:
Ogłoszenie poszło. Dobrze, niech tak będzie. Czy FETA albo wszystkie inne wydarzenia, które robicie są mniej lub bardziej dostępne?
Monika Dylewska-Libera:
Tak. My dużo myślimy o dostępności. Mamy taką świadomość, że większość naszych budynków niestety jest niedostępna. dla przynajmniej osób na przykład poruszających się, mających jakieś problemy z mobilnością ruchową. I że dużo czasu nam zejdzie zanim po prostu my je dostosujemy tak w pełni, bo to wymaga architektonicznych interwencji, a to wymaga również środków. Więc staramy się powoli tak jakby w różnych naszych oddziałach wprowadzać rzeczy, ale takie myślenie na co dzień o tym, czy nasz program jest dostępny, To jest u nas naprawdę codziennie. To nie jest fikcja, tylko my codziennie o tym myślimy. Mamy świadomość, że nie jesteśmy w stanie się dopasować do każdej grupy i do każdego problemu, ale do jakichś takich największych rzeczy.
Monika Dylewska-Libera:
Mamy w windzie, świetnie sam się zawiązał właściwie, migający klub filmowy. Osoby głuche do nas przychodzą oglądać filmy, same sobie wybierają, same kuraturują, ten cykl, też dziewczyna głucha prowadzi spotkania. I tutaj akurat w drugą stronę, czyli jak jesteś osobą słyszącą, nie znasz polskiego języka mingowego, no to jest dla ciebie tłumacz i tłumaczy, albo masz napisy, to możesz z tego filmu też skorzystać, ale jesteś w grupie osób, które mówią innym językiem po prostu, więc jak go nie znasz, no to się możesz poczuć wtedy też wykluczony. Więc możesz na własnej skórze też trochę odczuć po prostu, jak osoby się czują z różnymi dysfunkcjami na co dzień. Więc feta ma zawsze część spektakli tłumaczonych, jeśli są tam używane słowa, no bo pamiętajmy, że jednak to jest teatr uliczny, często nie używamy tam żadnego tekstu, więc łatwiej może tutaj to dostosować. Mamy asystentów, mamy możliwość, żeby się z nami skontaktować, jeśli ktoś potrzebuje. I to też parę lat temu tak wyszło, że okazało się, że tu zresztą po sąsiedzku i rodzina była, która ma dziecko głuche. I oni wystąpili z prośbą o to, żebyśmy udostępnili spektakle, które robimy na co dzień w Parku Orońskim latem dla dzieci.
Monika Dylewska-Libera:
No i od tego się właściwie zaczęło. Wtedy też instytucja nagle zobaczyła, że o kurcze, ludzie są obok nas, którzy mają inne potrzeby niż my na co dzień serwujemy i jak może o to zadbać. A teraz to już myślę, że naprawdę myślę, że w Gaku nie ma już takich osób, które by powiedziały, a po co my to robimy. Dużo o tym gadamy.
Marcin Andrzejewski:
Część życia po prostu. To jest jeden z elementów, o które trzeba zadbać i tyle. Już nawet abstrahując od tego, że teraz trochę ustawa nas do tego Znaczy ustawa
Monika Dylewska-Libera:
wymusiła po prostu na ludziach podstawowe standardy, ale to nie chodzi o to, żeby ustawa coś wymuszała, bo to musi być też w głowie. Ustawa ustawą, a mentalność może tkwić w jakiejś po prostu przestrzeni i z niej nie wychodzić. I chodzi o to, żeby wyjść spoza tej swojej bańki.
Marcin Andrzejewski:
No tak, bo my się łatwo okopujemy. Szczególnie po iluś latach pracy gdzieś tam wchodzi w głowie takie, że nie mam na to czasu, albo nie robiłam tego nigdy. To jest bardzo częste zdanie, które słyszę. Nigdy tak nie robiliśmy.
Monika Dylewska-Libera:
Nigdy tak nie robiliśmy, albo po co to robić dla dwóch osób, no albo coś. Takie.
Marcin Andrzejewski:
No niby tak, choć opery też… Na stadionie nie wystawimy chyba. Bardzo Ci dziękuję za tą rozmowę. To była wielka przyjemność i ja będę teraz czekał na listy, jakiejkolwiek instytucji, jak mnie ktoś słyszy, ja oczekuję na listy.
Monika Dylewska-Libera:
Może z Gaku będzie pierwszy.
Marcin Andrzejewski:
Dlaczego nie? Dziękujemy Ci raz jeszcze za to, że nas ugościłaś, że podzieliłeś się swoim doświadczeniem i że możemy tutaj być na stacji. Właśnie przejeżdża pociąg, więc wszystko pasuje. Ja jestem bardzo zadowolony, że udostępniłaś nam swoich pracowników.
Monika Dylewska-Libera:
Dzięki również.
Marcin Andrzejewski:
Ich wiedza przede wszystkim. Bo na tym nam najbardziej zależy. Bo ty jesteś od strategii, ty jesteś od zarządzania. Ale potem ten dół, to wykonawstwo, ta egzekucja.
Monika Dylewska-Libera:
Czasami latam też z miotło między namiotami.
Marcin Andrzejewski:
Tak?
Monika Dylewska-Libera:
Tak. Bo ja jestem ten typ, że ja nie mogę po prostu za dużo w biurze siedzieć.
Marcin Andrzejewski:
No to witaj w klubie. Raz jeszcze dziękuję. Wielkie dzięki.
Monika Dylewska-Libera:
Do zobaczenia. Do zobaczenia.