Obejrzyj na YouTube!
Posłuchaj podcastu:
Opis odcinka
Odkryj, jak wygląda praca animatorki kultury na warszawskich Siekierkach i co stoi za sukcesem lokalnych inicjatyw budujących więzi sąsiedzkie. Joanna Mikulska opowiada o praktycznych metodach badania, angażowania mieszkańców i współpracy z instytucjami. W tym odcinku: Jak przypadek doprowadził do powstania projektu „Korzenie Siekierek” Metody pracy z lokalną społecznością i zbierania historii miejsca Przykłady angażowania mieszkańców w działania animacyjne i kulturalne Znaczenie współpracy z lokalnymi partnerami i instytucjami nie tylko kultury Jak wyciągać wnioski z działań i mierzyć ich skuteczność Krótko i konkretnie o budowaniu relacji oraz o tym, co działa w lokalnych działaniach!
Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
Transkrypcja
Joanna Mikulska:
i każdy kto przychodzi na to śniadanie czyta to i myśli sobie, a to dlatego kogoś jest to ważne, a dla mnie jest co innego, no to też zostawię jakąś kartkę. To są takie proste rzeczy, a już mamy, trochę już poznajemy tych ludzi i mamy już jakieś poczucie też kontaktu z nimi.
Marcin Andrzejewski:
Joanna Mikulska, animatorka kultury, siekierek. Jak to się stało, że tu jesteś?
Joanna Mikulska:
Na siekierkach?
Marcin Andrzejewski:
Tak.
Joanna Mikulska:
No niestety, albo stety był to przypadek. W sensie, że nie jest to zaplanowane działanie rozwój kariery zawodowej od A do Z. To było tak, że skończyłam studia animacji kultury na Uniwersytecie Warszawskim na sztukach społecznych. w tej chwili to są sztuki społeczne, jak ja studiowałam to jeszcze była animacja kultury i wyjechałam na pół roku do Indii i wróciłam z powrotem tutaj do Warszawy i szukałam pracy i miałam takie doświadczenia pracy przy różnych festiwalach, produkcjach teatralnych Pracowałam w stowarzyszeniach, przy takich festiwalach dotyczących np. książek z czytelnictwem związanych. Miałam też doświadczenie badań etnograficznych na studiach. No i takich swoich pierwszych podejść do projektów animacyjnych z lokalną społecznością. No i po prostu zaprosiła mnie tutaj na siekierki Ania Michalak, czyli dyrektorka Domu Kultury, bo szukała osoby, która mogłaby w jakiś sposób zrobić projekt dotyczący lokalnej historii. I powiedziała mi, że to jest w ogóle wyjątkowe miejsce siekierki, że przyjedziesz tu, że to w ogóle nie wygląda jak Warszawa, tylko jak mała jakaś wioska. pod Warszawą i że to samo w sobie jest już ciekawe bo ona też nie jest z siekierek i część osób, która tu pracuje też dojeżdża na siekierki więc sama ta architektura tego miejsca dla osób z zewnątrz była czymś niezwykłym osób z zewnątrz, czyli tych, które mieszkały gdzieś bliżej centrum czy w innych dzielnicach Warszawy I dla mnie też. I ona powiedziała, no to może uda ci się dowiedzieć, dlaczego tak jest. Dlaczego te siekierki wyglądają tak, jak wyglądają. Może mieszkańcy będą w stanie odpowiedzieć na to pytanie. No i takie były początki. Faktycznie okazało się, że siekierki przypominają społeczność wiejską. Nie tylko na podstawie zabudowy architektonicznej, ale też w ogóle relacji społecznych tutaj między ludźmi, tego w ogóle jak ci ludzie tutaj funkcjonują. I ja właśnie takie doświadczenia pracy etnograficznej mogłam tutaj przenieść i to były takie pierwsze narzędzia, które w tej pracy wykorzystałam. Dom Kultury miał taki problem z lokalną społecznością, że to był taki etap rozwoju dorożkarni, że bardzo dużo dzieci z zewnątrz i młodzieży przyjeżdżało tutaj na siekierki, bo program był od początku tak sprofilowany, żeby przyciągnąć tutaj młodzież i dzieci i rozwijać je artystycznie. Drożkarnia kiedyś się nazywała Ośrodek Działań Artystycznych dla Dzieci i Młodzieży. Faktycznie przyjeżdżały tutaj dzieci z całej Warszawy, ale bardzo mało osób z siekierek uczestniczyło tutaj w działaniach. I były podejmowane próby. W celu był jakiś festiwal na przykład z kiełbaskami, z grillem, na który mieszkańcy też byli zaproszeni. Jakiś koncert. Ale ci mieszkańcy przychodzili, ale już nie wracali. Ta historia lokalna miała być takim tematem, który tutaj przyciągnie i na dłużej zatrzyma. I wstępnie mieliśmy zebrać jakieś informacje na temat siekierek, już sobie to później ustaliliśmy, przedwojennych, bo to, że siekierki wyglądają jeszcze do tej pory trochę tak niezwykle, jeżeli chodzi o mapę Warszawy, czyli mamy tutaj właśnie niską zabudowę, mało bloków, tych bloków jest teraz coraz więcej. Na przestrzeni ostatnich 10 lat zrobiło ich się naprawdę bardzo dużo, ale jak projekt Korzenie Siekierek powstawał, to tych bloków było naprawdę niewiele i to się bardzo odróżniało od tego właśnie jak wyglądała Warszawa, reszta Warszawy. Okazało się, że przyczyna jest właśnie w historii tego miejsca. bo w czasie II wojny światowej siekierki zostały całkowicie spalone, zostało tylko kilka domów, a cała reszta została zrównana z ziemią, no i później jak mieszkańcy tutaj wracali, to próbowali te domy odbudować. Tylko tak się złożyło, że siekierki zostały też objęte tak zwanym dekretem Bieruta, czyli wszystkie dobra, tutaj mieszkańców, w sensie własnościowym działki, zostały upaństwowione, czyli przeszły na własność miasta. I ich odbudowa była, musiała być uzgodniona z miastem. Bardzo często była niemożliwa i te odbudowy tych domów powstawały nocą, na nielegalu, ludzie po prostu odbudowywali to, co było zburzone i dopiero tak naprawdę w latach dziewięćdziesiątych, w latach dwutysięcznych mogli usankcjonować te odbudowane swoje domy. Więc cała ta tajemnica tego miejsca tkwiła w historii. I zaczęliśmy chodzić od domu do domu, rozmawiać z mieszkańcami i zbierać materiały. Plan na początku był taki, że stworzymy internetową stronę, na której będzie wszystko o siekierkach. No ale okazało się, że jednak rozmawiają z nami ludzie starsi, którzy nie chcą, żeby to była internetowa strona. Oni chcieli, żeby to było coś, co można dotknąć, co będzie wydrukowane, co mogą pokazać u siebie w rodzinie dalszej też, że coś takiego powstało. I ta strona jakby powstała, korzenie siekierek, ale całe to archiwum, które zostało zgromadzone umieściliśmy na tej stronie, ale to był dopiero tak naprawdę początek projektu. bo to co się działo dalej, to z tego archiwum zaczęliśmy tworzyć różne działania animacyjne gry podwórkowe, wystawy fotograficzne, bo zebraliśmy dużą kolekcję fotografii mieliśmy też archiwum dźwiękowe I to jakby wszystkie te zebrane historie zmieniły trochę też opowieść o siekierkach i stały się też takim materiałem do tego, żeby można było o nich opowiadać filmowo i też teatralnie. Bo też Dorożkarnia korzystając ze swoich zasobów w Domu Kultury stworzyła spektakl na podstawie zebranych materiałów. i doszliśmy do takiego momentu pracy z mieszkańcami, że oni sami stali się też współautorami projektów. Na przykład robiliśmy taki projekt Teleport Fotograficzny, który polegał na tym, że mieliśmy stare zdjęcia i robiliśmy nowe zdjęcia i to mieszkańcy wybierali te stare zdjęcia, czyli te zdjęcia, które są u nich w ich archiwach domowych jakoś ważne, chcieli je pokazać i na podstawie tych starych zdjęć robiliśmy miejsca albo z potomkami tych osób, które są na starych zdjęciach, albo z kimś po prostu z rodziny, jeżeli już bezpośredni potomkowie się nie zachowali. I sami też z mieszkańcami uzgadnialiśmy, gdzie ma być to nowe zdjęcie zrobione. I na przykład mieliśmy taką fotografię pana Stanisława Rodzkiego. To była pierwsza taksówka na siekierkach i jest zdjęcie, kiedy on siedzi w tej pierwszej taksówce swojej. I z jego synami pojechaliśmy do Muzeum Motoryzacji w Ontrembusach i tam zrobiliśmy to zdjęcie współczesne. I to było przy zupełnej współpracy właśnie z mieszkańcami. Ale to było możliwe dopiero po trzech latach pracy.
Marcin Andrzejewski:
To jest to zdjęcie, gdzie ten pan siedzi w swetrze takim? Dobrze kojarzę?
Joanna Mikulska:
Tak, tak, tak.
Marcin Andrzejewski:
Widziałem to zdjęcie. Zwróciłem na nie uwagę, mimo że nie wiedziałem co na nim jest.
Joanna Mikulska:
Ono jest, te zdjęcia teraz wiszą tutaj w kuchni.
Marcin Andrzejewski:
Dokładnie tak.
Joanna Mikulska:
Tak, tak, dokładnie.
Marcin Andrzejewski:
ale jesteś osobą z zewnątrz, geograficznie z zewnątrz i przyjeżdżasz do tego miejsca, które ma swoją specyfikę, jak każde na świecie, ale jesteś też badaczką, przede wszystkim jesteś badaczką. Zdać trochę kuchni, jak się dochodzi do tego, Co już czuć po tym, jak opowiadasz, że masz to w sercu, że to kilka lat życia i mogłabyś zapewne o tym mówić godzinami. Jak się dochodzi do tego poziomu? Jak się to bada? No bo te wszystkie wydarzenia, dziesiątki ich tam powstały, z tego co słyszeliśmy dzisiaj przez wszystkie wywiady, one by się nie miały prawa udać, gdybyś nie zdobyła informacji, gdybyś nie przeprowadziła badań. Jak do tego podejść?
Joanna Mikulska:
No, tak naprawdę metodą prób i błędów. W sensie, że są jakieś różne wytyczne oczywiście, jak to robić, jak przeprowadzać badania. W przypadku korzeni siekierek my nie robiliśmy jakichś badań takich całościowych, tylko bardziej używaliśmy różnych narzędzi do tego, żeby zdobyć jakąś wiedzę albo bardziej jakiś kierunek, dzięki którym moglibyśmy podjąć decyzje dotyczące tego, co dalej chcemy robić. No i jest, to jest jakby też takie narzędzia etnograficzne, że jeżeli chcemy w jakiś sposób dotrzeć do lokalnej społeczności, no to musimy zmapować najpierw jakie tutaj są ważne instytucje na miejscu. No i tutaj na Siekierkach ważną instytucją jest szkoła. Szkoła bardzo często jest taką instytucją ważną. Więc pierwszą rzecz, którą zrobiliśmy, to poszliśmy do szkoły i zrobiliśmy tam warsztaty dla młodzieży, dla dzieci szkolnych, mając nadzieję, że do siekierkowskiej szkoły chodzą dzieci, rodziców, którzy tutaj mieszkają. I prędzej czy później dotrzemy gdzieś do takich rodziców, którzy mogliby nam też coś o historię powiedzieć. No ale to się okazało błędne. Zrobiliśmy te warsztaty, one były bardzo ciekawe. Zaprosiliśmy nawet na jedne z nich, pamiętam, taką starszą panią, która spotkała się z dziśmi, opowiadała o historii miejsca siekierki. Robiliśmy takie mapy, jak właśnie dzieci widzą siekierki, co jest dla nich tutaj ważne, co nie. Ale okazało się, że to nie są dzieci siekierkowskie. W sensie, że te dzieci są tutaj dowożone do tej szkoły. A do tych, że tak powiem, rdzennych mieszkańców, na których nam na bardziej zależało, czyli takich, którzy tu mieszkają od lat, a jeszcze lepiej takich, którzy właśnie mogą też coś powiedzieć o tej historii przedwojennej, nie dotarliśmy. Więc poszliśmy dalej. Szukaliśmy kolejnych instytucji. Taką instytucją jest też sklep, no bo do sklepu przychodzą ludzie, Szczególnie jeżeli mówimy o takich mniejszych społecznościach, takich społecznościach wiejskich właśnie, czy takich bardziej małomiasteczkowych. Sklep jest też takim miejscem, że przychodzą osoby, często ci właściciele tego sklepu też znają te osoby, są w stanie coś mniej więcej powiedzieć, gdzie mieszka jakaś starsza osoba, albo czy jest jakaś osoba, jakiś, nie wiem, lokalny miłośnik historii, bo też czasami tacy się znajdują, którzy sami na własną rękę tą historię lokalną gdzieś archiwizują. Więc poszliśmy do sklepu, tam tutaj sklep prowadził pan Lewandowski i faktycznie to był jeden z naszych rozmówców, bo się okazało, że właśnie jego rodzina tu na Siekierkach od dawna mieszka. Przy sklepie pana Lewandowskiego był też krzyż, takich krzyży było kilka na Siekierkach, więc krzyże w ogóle siekierkowskie to był też taki nasz temat. Skąd te krzyże się tutaj wzięły? Dlaczego stoją w tych miejscach, a nie w innych? Jaką historię opowiadają? To był jeden cały fragment tego projektu. Ale jeszcze kolejna instytucja, która tu jest, to jest kościół. Możemy mieć oczywiście różny stosunek do kościoła, natomiast on też zrzesza ludzi, to jest też społecznie ważne miejsce. I w tym kościele, kościół na Sikierkach jest w ogóle wyjątkowym miejscem, bo to jest sanktuarium. Matki Bożej, dlatego że na siekierkach w czasie wojny były objawienia, więc on też bezpośrednio tutaj jest związany z tą historią lokalną. I to, co było dla nas jeszcze ważniejsze w przypadku kościoła na siekierkach, to było to, że przy kościele działało kółko różańcowe. i w tym kółku żońcowym spotykały się starsze panie. I one po prostu też były stąd, one były z tych siekierek. Więc weszliśmy we współpracę w ogóle ze szkołą i z kościołem na tym poziomie, że oni też nam pokazali swoje kroniki archiwalne, bo często właśnie takie miejsca prowadzą kroniki. Szczególnie był taki boom na kroniki lata 60., 70., gdzie gdzie w każdej małej miejscowości były prowadzone te kroniki i to dosyć tak drobiazgowo. Więc najpierw zajrzeliśmy do tych kronik, a później umówiliśmy się z księdzem, czy moglibyśmy spotkać się właśnie z tymi paniami z kółka różońcowego. I może najlepiej na początku może właśnie na plebanii się spotkać, żeby te panie się poczuły, że są w jakimś miejscu, które też jest dla nich bezpieczne, bo to też jest ważne. Przynajmniej na początku w takiej relacji z osobami ze społeczności, żeby dać im poczucie bezpieczeństwa. Żeby nie od razu wchodzić z butami może do ich domów, Też może nie od razu zapraszać do domu kultury, w którym na przykład nigdy nie były, bo tutaj była taka sytuacja, tylko spotkać się w miejscu, które jest dla nich jakoś bezpieczne i oswojone. Mieliśmy takie pierwsze spotkanie grupowe właśnie w Naplebanii, pamiętam, w kościele na siekierkach i zaczęliśmy opowiadać o historii siekierek. I to było coś, co zadziałało, w sensie, że okazało się, że są tam panie, oczywiście różne panie, niektóre bardzo chętnie opowiadały, niektóre mniej chętnie, ale te panie znają kolejne panie, już takie, które np. może bardziej chętnie będą opowiadać, no i tak od nitki do kłębka szliśmy bardzo długo, w sensie, że zdobywaliśmy te kontakty, naprawdę one były bardzo często wychodzone i zdobyte, aż w końcu trafiliśmy na pana Stanisława. Pan Stanisław Rodzki to jest taka osoba na siekierkach, która okazało się, że ma największe archiwum domowe. swoje, ale też to archiwum bardzo dużo mówiło o historii tego miejsca. Po prostu mała Pana Stanisława zbierała wszystko, co miało dla niej jakąkolwiek wartość sentymentalną. Oczywiście fotografie zbierała, ale też zbierała różne bilety, listy zakupów, bardzo różne rzeczy. I pan Stanisław przez przypadek trafił na taki wór i pudło takie wielkie z takimi właśnie zapiskami, artefaktami, zdjęciami na strychu, przypadkowo. Nie wiedział, że jego mama to robiła przez lata, a że miał kontuzję nogi i siedział w domu, to po prostu uporządkował to archiwum. W sensie, że jak ja już do niego przyszłam, to on już miał uporządkowany archiwum, popakowane wszystko w segregatory i pamiętam, że jak wyszłam z tej rozmowy, to po prostu byłam wykończona i przerażona. Z jednej strony tak, ale z drugiej byłam też przerażona, bo pomyślałam sobie, że jak takich z Panów Stanisławów na tych siekierkach jest jeszcze z dwóch albo trzech, no to ja stąd po prostu nie wyjdę, będę tutaj już, spędzę tutaj w ogóle moją całą karierę zawodową, spędzę w tym miejscu i pewnie będę musiała się tutaj przeprowadzić, tak to się skończy. No ale póki co pracuję tu już, projekt robiłam 6 lat, później miałam 10 lat przerwy i znowu tutaj wróciłam i drugiego Pana Stanisława nie spotkałam. No ale to właśnie był taki trochę złoty gral, taki też trochę skarb, że udało się trafić na taką osobę. Ale na tyle, ile mam doświadczeń właśnie z lokalnymi społecznościami, bardzo często jest gdzieś taka osoba. Ona może nie zawsze jest ujawniona, w sensie, że nie zawsze siebie określa jako tak jego specjalistę od lokalnej historii albo lokalnego historyka, chociaż bardzo często są też osoby, które same osoby tak mówią. ale prędzej czy później z reguły trafia się na osobę, która naprawdę bardzo dużo wie o historii tego miejsca i ma też dokumenty, co też jest bardzo ważne przy pracy z lokalną historią. No więc tak, więc my jakby budując to archiwum szukaliśmy różnych narzędzi, takich właśnie z pogranicza etnografii, z pogranicza właśnie animacji kultury, a później już, jak już to archiwum było zrobione, no to zastanawialiśmy się tak naprawdę, co my dalej chcemy. Jeżeli mamy tu już archiwum, to co my chcemy z tym archiwum zrobić? Do czego ono może nam się przysłużyć? Na pewno taką podstawową rzeczą było to, że historia tego miejsca była zapomniana. Więc robiliśmy dużo wystaw fotograficznych, zarówno na płocie doroszkarni, na takich banerach. Kiedyś to było w ogóle hit, że można zrobić w ogóle wystawę fotograficzną na banerach, takich reklamowych. To naprawdę było coś innowacyjnego. Teraz już wszyscy to robią i wręcz się być może nawet od tego odchodzi. Ale chodziło o to, żeby coś powiesić właśnie na zewnątrz, żeby to nie zamokło, że można to później przenieść w inne miejsca. więc robiliśmy coś takiego z różnymi fotografiami. Zrobiliśmy też takie dwie wystawy z albumami do samodzielnej edycji, czyli zrobiliśmy zdjęcia, po których można było mazać. I to też było dla mieszkańców ciekawe w ogóle, że jej, mamy zdjęcie, po którym można pisać flamastrem. Chodziło o to, że mieszkańcy, często jest tak, że w takich prywatnych archiwach mamy fotografie, na których wiemy, że tu jest nasza mama, tu jest nasz tata, albo ktoś jeszcze z rodziny bliższy, ale już na przykład jeżeli mamy zdjęcie sąsiedzkie, to nie jesteśmy w stanie odcyfrować tych osób. Ja miałam takie doświadczenie, że wzięłam zdjęcia od jednej rodziny, poszłam na rozmowę do drugiej, te zdjęcia się mi gdzieś tam wysypały na stole i pani nagle zaczęła mówić, a to jest ta osoba, to jest ta osoba. Się okazało, że ta sąsiadka znała osoby na zdjęciach, których właściciele nie kojarzyli już po prostu. To nas zaprowadziło do tego, żeby zrobić właśnie taką wystawę albumu do samodzielnej edycji, żeby próbować też zwrócić te fotografie mieszkańcom, te fotografie prywatne, które mamy, żeby one stały się też publicznymi fotografiami w jakiś sposób. A trzecia rzecz, którą zrobiliśmy, to zrobiliśmy taki projekt Lunety na siekierki, bo siekierki są taką częścią Warszawy, trochę właśnie wioska, trochę nie wiadomo, czy to jeszcze Warszawa. Mieszkańcy, którzy tu mieszkają od lat mówią, jedziemy do Warszawy. czyli określają, mimo że administracyjnie od tam 48 roku to jest część po prostu Warszawy, ale też cały czas z centrum dojeżdżają tu tylko dwa autobusy, więc jest też takie wykluczenie komunikacyjne, mimo że do centrum mamy 10 minut autobusem, samochodem, ale jeżeli chcemy wsiąść w autobus, no to są tylko dwa, one oczywiście się opóźniają, bo jadą z drugiej strony Warszawy, więc takie wykluczenie komunikacyjne też jest, No i to powodowało, że jak na przykład gdzieś w centrum pracowałam w innych miejscach i mówiłam, że te siekierki, to każdy tak, siekierki, w ogóle gdzie to jest? I zrobiliśmy taki projekt, że na krakowskim przedmieściu ustawiliśmy takie lunety skierowane w stronę siekierek, które miały w sobie takie właśnie archiwalne zdjęcia, które zgromadziliśmy w trakcie tego projektu. Czyli trochę też patrzyliśmy na to, co jest tutaj potrzebne, co dla mieszkańców też byłoby takie wartościowe i co możemy też wykorzystać do pracy z tym materiałem, jakiego typu zasoby Domu Kultury, który jest instytucją publiczną, w sensie ma stały budżet, z którego są finansowane na przykład pracownie, pracownia filmowa, pracownia fotograficzna. Jak użyć tego, co już tutaj jest, do tego, co zostało zgromadzone, żeby też zaanimować takie działanie społeczne, żeby zrobić coś dla społeczności. No i właśnie z tego powodu też powstał na przykład spektakl teatralny, bo w Drożkarni działają grupy teatralne i część z nich robi takie spektakle może bardziej jakieś tematyczne, ale część z nich krótsze, takie bardziej podsumowania sezonu, ale część z nich robi takie pełnowymiarowe spektakle No i właśnie Darek Sikorski, który tu od lat prowadzi grupy teatralne, spotkał się ze mną, też zobaczył, przeczytał fragmenty tego archiwum, zobaczył zdjęcia i po prostu na podstawie tego, co zostało zgromadzone napisał scenariusz. Więc szukaliśmy też trochę takich metod pracy.
Marcin Andrzejewski:
badania badaniami, potem realizacja już tych konkretnych pomysłów realizacją, a jeszcze jest coś pośrodku. Ja wyobrażam sobie ten moment, kiedy ty przechodzisz tutaj do rożkarni i mówisz tak, no dobra, to ja już mam wyniki badań albo mam to archiwum, które znalazłam, jedno, drugie, trzecie. Proszę. I co teraz? Bo wiesz, ty jesteś badaczką, więc dla ciebie to są jakby informacje posegregowane, wiesz co z nimi zrobić. Masz metodologię. Ale z drugiej strony jest instytucja kultury, która może tej specyficznej wiedzy nie posiadać jej pracownicy. Oni chcą zrobić z tego wydarzenia, super, ale tu mają nagle ogrom wiedzy. Przy dużym szczęściu oczywiście w tym przypadku, ale jest. Trzeba coś z nim zrobić. Jak sobie z tym poradzić? Wiesz, to co dla Ciebie jest optyką bardzo łatwą do okiełznania, dla nich może nie być.
Joanna Mikulska:
No tak, to jest zawsze takie wyzwanie, tłumaczenie, takie pośrednictwo między światami, tłumaczenie jednego języka na drugi język. Ale ja też przede wszystkim jestem animatorką kultury i budując na przykład to archiwum, pracując tutaj przez ileś lat, Też widziałam, jak działa ten Dom Kultury, jakie ma zasoby w zespołach artystycznych, czy w tych pracowniach, które tutaj funkcjonują. Więc tak po kroku budowaliśmy cały ten program. To też nie wydarzyło się z dnia na dzień, że przyszła mi od razu. Zaczęliśmy robić jakieś działania takie dalsze, właśnie animacyjne. Tylko ja bardziej też, ponieważ pracowałam tu nad samym projektem około 3 lat, no to widziałam jakby co się dzieje. No i trochę na poziomie też prób i błędów, bo próbowaliśmy do tego, co już mamy, wykorzystać tutaj to, co tutaj się na przykład dzieje. Były na przykład takie sytuacje, które też zadziałały się przypadkowo, ale one bardzo zadziałały, bo w drożkarni odbywa się kilka wydarzeń, takich typowo skierowanych dla lokalnej społeczności. Mamy pikniki, Mamy korowód siekierkowski, mamy takie święto siekierek w maju i wtedy zapraszamy tutaj mieszkańców do nas po prostu i mamy dla nich wtedy taką… takie bardzo dużo różnych aktywności. Można pograć w gry, można coś porysować, można zrobić komiks, można obejrzeć spektakl, można wziąć udział w spacerze po siekierkach. I na przykład pamiętam, że było coś takiego, że trzeba było zaproponować coś tym najmłodszym odbiorcom, czyli takim dzieciom na początku podstawówki. No więc mamy cały to archiwum i co z tego archiwum możemy zaproponować tym małym odbiorcom, najmłodszym. No my wymyśliliśmy bardzo szybko, że może jakąś grę. Może zaproponujemy im jakąś grę, ale nie mamy też budżetu na coś dużego, ani czasu na to, żeby to było coś dużego. Więc razem z osobą wtedy, z Kasią Krasowską, która pracowała tutaj w pracowni plastycznej, wymyśliłyśmy grę, którą narysowałyśmy na prześcieradle. Po prostu Kasia narysowała mapę siekierek, zaznaczyła tam najważniejsze miejsca, które już mieliśmy zmapowane właśnie w tym projekcie historycznym. Widzieliśmy, że była tutaj kuźnia, widzieliśmy, że był magiel. Znaliśmy takie wstępne już historie dotyczące tych miejsc i na zasadzie rzutu kostką można było się przemieszczać między tymi miejscami i do każdego miejsca była taka karteczka z historią i chodziło o to, żeby rodzic z dzieckiem, wrzucając kostką, przemieszczał się po tej mapie. Coś bardzo prostego. Wydawało się, że to w ogóle jest takie… No, że to jakby zrobimy raz i pewnie nie wiadomo, czy to w ogóle do czegokolwiek się przyda. To był po prostu hit. Okazało się, że w ogóle dzieci w to grają. W ogóle mają… Rodzice muszą im to przeczytać, więc mają jakąś taką współpracę muszą wykonać razem. Ta gra w tej chwili już nie jest grą na prześcieradle, tylko właśnie została wydrukowana na takim specjalnym materiale. Właśnie na jakimś rodzaju baneru, który się nie niszczy itd. I ona w wielu, wielu… w wielu piknikach, w wielu różnych działaniach outdoorowych była obecna. Więc czasami to jest tak, że też pewne rzeczy dzieją się przypadkowo, że to nie zawsze musimy mieć do tego jakieś raporty, jakieś diagnozy, jakieś bardzo takie drobiazgowe drobiazgowe rzeczy, które też dużo kosztują. Tylko wydaje mi się, że takim kluczem jednak jest tutaj, było to archiwum, że była osoba, która miała gdzieś w głowie też te historie. W sensie, że mamy ten zasób. to archiwum jest też tak zrobione, że ono jest jakby dostępne, więc to nie jest tak, że tylko osoba, która robiła ten projekt Korzenie Siekierek, akurat to byłam ja, ma dostęp do tej wiedzy, tylko właściwie każdy, kto ma na to ochotę i ma jakiś pomysł na jakieś takie działania artystyczno-społeczne, bo było bardzo dużo różnych projektów w doroszkarni dotyczących tego, że ktoś przeczytał właśnie, zapoznał się ze stroną Korzenie Siekierek i wymyślił, a to może zrobię komiks albo A może w ogóle dopiszę, wymyślę z tego jakąś, na podstawie tego co już jest, napiszę jakąś powieść, jakiś fragment powieści. Też były takie historie. Też to jest takie wdzięczne narzędzie właśnie do różnych analiz takich antropologiczno-socjologicznych. I jak wydawaliśmy taką publikację, taki duży album o korzeniach siekierek, gdzie zebraliśmy wszystko, co do tej pory się udało zrobić, to zaprosiliśmy też właśnie badaczy, antropologów, którzy na podstawie tego projektu napisali swoje takie bardziej analityczne teksty. Trochę tak naprawdę zależy od tego jakie mamy sami zasoby, w sensie jako animatorzy, jakimi zasobami dysponuje dom kultury, jakaś instytucja czy stowarzyszenie, które np. też prowadzi takie archiwum, prawda?
Marcin Andrzejewski:
No tak, tak. Zastanawiam się, jak to zrobić z perspektywy małego miasteczka albo z perspektywy jeszcze mniejszego ośrodka. Nie wszystkich stać na to. Zresztą powiedziałeś, że niektóre te badania to są drugie rzeczy. One muszą kosztować, bo wynikają z nakładu pracy. naturalne, ale jesteś animatorką kultury, więc jak zanimować taką społeczność? Ja wiem, że to jest pytanie szerokie, bardzo szerokie, abstrahując jakby i zostawiając gdzieś tam ten fantastyczny projekt o historii siekierek, ale to nie jest tylko i wyłącznie to, co robiłaś i robisz w życiu. Ta perspektywa, Ja od rana jak tutaj prowadzę już któryś wywiad z wami, z ludźmi, którzy tworzą Doroszkarnię, to za każdym razem uderza mnie ta perspektywa, że to jest Warszawa, a jednak to jest bardzo porównywalna właśnie rzeczy do małomiasteczkowej społeczności albo do wiejskiej społeczności. Ja się z nimi spotykam, ja ich znam, ja widzę jak z jakimi wyzwaniami się się mierzą. Oni wielokrotnie nie mają nawet takiego przywileju obcować z taką osobą jak ty, jeżeli chodzi o animatorkę kultury, nie mówię już o badaczkę. Jak zacząć? Jak zacząć, jednak jakby nie patrzeć, trochę badać, trochę poznawać odbiorców, ale tak mając do dyspozycji kartkę, papier i Bo to jest coś, co oni mają, a nieraz nam brakuje, doskonale rozpracowaną siatkę punktów. To o czym ty mówiłaś. Kościół, sklep itd.
Joanna Mikulska:
No mi się wydaje, że ważni też są w takiej lokalnej społeczności, bardzo ważni, żeby zrobić coś, coś nawet małego, to są tak zwani sojusznicy. W sensie, żeby też zastanowić się, jakie mamy tam osoby, jeżeli mamy już rozpracowane, to jakie mamy miejsca, jakieś też historyczne miejsca, ale też nie tylko historyczne, w sensie na przykład ważne miejsca w ogóle dla społeczności, no to jeżeli chcemy cokolwiek tam zadziałać, to ważne jest też, żeby poszukać osób, z którymi moglibyśmy to zrobić. Może nie sami, też jakby indywidualnie my, może stoi za nami jakaś instytucja albo jakieś stowarzyszenie, ale żeby też próbować nie robić rzeczy zupełnie samemu. tylko żeby mieć takich sojuszników, czy na zasadzie partnerów, czy też na zasadzie takiego dobrego słowa. Chodzi mi o to, że to mogą być osoby, które właśnie albo się zajmują, tak jak już mówiłam wcześniej, na przykład jacyś lokalni historycy, ale to może być na przykład jakaś pani z biblioteki, która jest też otwarta trochę na takie działania bardziej związane ze społecznością. To może być nawet właścicielka sklepu tak naprawdę, która ma jakieś takie ucho bardziej wrażliwe i też okazuje się, że to u niej, w tym sklepie właśnie spotykają się ludzie i rozmawiają na różne ważne tematy. to miejsce chyba nie jest tak ważne jak właśnie też te osoby, które mamy i sojusznicy mogą, możemy sojuszników wykorzystać na różne sposoby możemy ich zaprosić też do takiego jakiegoś naszego działania żeby oni je w jakiś sposób współtworzyli albo chociaż żeby byli patronami takiego działania to jest jakby jedna rzecz ale druga rzecz, że tacy sojusznicy Możemy też z nimi spróbować przetestować ten pomysł, który już mamy Czyli mamy jakiś pomysł, wydaje nam się, że to jest właśnie to i ta społeczność tego właśnie potrzebuje Ale mamy na przykład 25 lat, a pani w sklepie, z którą mamy dobrą relację i która jest fajna i też jakby też ma właśnie to czułe ucho, ma lat sześćdziesiąt. Więc warto jest też opowiedzieć na przykład jej o naszym pomyśle, żeby zobaczyć, czy to faktycznie się zadzieje, albo, nie wiem, chcemy jako ta dwudziestopięcioletnia osoba zrobić coś dla seniorów w tej miejscowości, więc warto też porozmawiać na przykład z tą panią, żeby ona pokazała, przedstawiła swoją perspektywę, czy to jest faktycznie dla tej grupy ważne. Więc takie osoby myślę, że są bardzo ważne, Ale też chciałam powiedzieć, że mimo, że historia siekierek jest opowieścią o domu kultury, który znajduje się w mieście społecznym Warszawa, no to ta też społeczność była wiejska, ale też jest tak, że my zaczęliśmy tworzyć archiwum, a później na kolejne działania do tego archiwum pisaliśmy wnioski i staraliśmy się o granty. Też nie jest tak, że cały ten projekt został zrealizowany z budżetu instytucji. A granty to jest coś, co jest dostępne zarówno dla mniejszych miejscowości, dla jakiejś miejscowości bardziej na obrzeżu. Tylko czasami ważne jest też, żeby zrobić taki pierwszy krok, żeby zrobić już jakieś działanie, żeby wystawić ten stół na środek jakiejś ulicy, która jest dla nas ważna w miejscowości i zrobić np. sąsiedzkie śniadanie i zebrać mieszkańców. Często może to być wokół historii lokalnej, a może być tak po prostu, żeby się spotkać i zobaczyć, co jest ważne. I na przykład wystawienie tego stołu nie będzie nas nic kosztować. Ja mieszkam w Otwocku i tam też prowadzę takie swoje stowarzyszenie Świdermajerowie. Ono działa dopiero od trzech lat, ale teraz już jakby działamy na zasadzie grantów, ale pierwsze działania robiliśmy zupełnie bez pieniędzy i robiliśmy właśnie na takiej zasadzie, że zrobiliśmy święto ulicy Kościuszki. postawiliśmy stół i zaprosiliśmy mieszkańców na sąsiedzkie śniadanie i trochę to było też, miało taką funkcję badawczą, że spotkamy się z nimi, porozmawiamy, zobaczymy co im leży na sercu, o czym oni opowiadają, na przykład co jest dla nich ważne w tym Otwocku, w kontekście tego miasta więc mi się wydaje, że to jest bardzo ważne, żeby zrobić te pierwsze działania i żeby trochę skonfrontować te nasze pomysły, które już mamy, no bo jeżeli chcemy działać to rozumiemy, że już jakieś pierwsze tam kroki są, jakieś pomysły są, ale żeby je właśnie skonfrontować, spotkać się z ludźmi i można to bardzo często zrobić też bez większych nakładów finansowych.
Marcin Andrzejewski:
tak naprawdę my ich wciągamy w proces, choć jednocześnie na samym początku tej drogi, to te wydarzenia, te pierwotne, te takie najmniejsze, to one też jednocześnie są procesem dojścia do czegoś większego, do czegoś, gdzie patrzymy tam trochę dalej, ale bezwzględnie korzystając z wiedzy, którą oni mają, albo potrzeb.
Joanna Mikulska:
Tak, to jest trochę taka diagnoza potrzeb. I oczywiście diagnozę potrzeb można właśnie robić na zasadzie dużych raportów i badań, ale tak jakby zupełnie od tego nie… Myślę, że to jest bardzo potrzebne, żeby powstawały też takie badania. Natomiast też wiem, że one mogą być czasami takim zbyt wysokim progiem wejścia dla mniejszych instytucji czy organizacji, które chciałyby coś zrobić. no ale nie mają tych pieniędzy na ten raport, a jednocześnie chciałyby w jakiś sposób spotkać się z tymi mieszkańcami. Więc samo właśnie takie zorganizowanie jakiegoś sąsiedzkiego śniadania, czy na przykład, nie wiem, powieszenie podczas tego śniadania jakichś kartek z napisem, co jest dla ciebie ważne w miejscowości. Niech każdy po prostu powiesi obok siebie kartkę na sznurku, przypinamy ją spinaczem, i każdy kto przychodzi na to śniadanie czyta to i myśli sobie, a to dlatego kogoś jest to ważne, a dla mnie jest co innego, no to też zostawię jakąś kartkę. Więc to są takie proste rzeczy, a już mamy, trochę już poznajemy tych ludzi i mamy już jakieś poczucie też kontaktu z nimi.
Marcin Andrzejewski:
Wciągasz w to też jakieś instytucje lokalne, niezwiązane z sektorem kultury, w tym przypadku zupełnie. To jest coś, co na pierwszy rzut oka może nam się wydawać zupełnie abstrakcyjne albo niezwiązane z tematem. Masz takie doświadczenia, żeby ich wciągać w ten proces albo pomagać im też swoją tożsamość jakąś lokalną budować?
Joanna Mikulska:
No, to jest w ogóle bardzo ważne, żeby nie działać samemu, nawet jako stowarzyszenie, jeżeli to są większe miejsca, to pewnie jest więcej jakichś stowarzyszeń, które działają, czy w tym temacie, w którym my, czy chociażby w podobnym, czy w ogóle jakoś działają, więc myślę, że warto jest się spotykać i warto jest mieć dobre relacje. Oczywiście nic na siłę, bo nie chodzi o to, żeby się tu jakoś przekraczać. Jeżeli z kimś jest nam nie po drodze, albo ktoś nam coś, nie wiem, wyrządzi jakąś krzywdę, no to jest bez sensu. Ale jednak warto, żeby te relacje jakoś były. I tak jak mówiłam właśnie, że warto też szukać tych sojuszników. Ale my na przykład teraz w Dorożkarni robimy taki projekt Zielone Ścieżki Siekierek. Czyli trochę próbujemy o historii siekierek też opowiedzieć przez rośliny. I do tego projektu zaprosiliśmy taką kooperatywę, to się nazywa Spółdzielcza Farma Most, która działa na siekierkach i oni robią ogród społecznościowy. Więc to jest taka przestrzeń działań, w której dom kultury akurat się nie… nie realizuje takich działań, no bo oni kompostują, uprawiają grządki, hodują różne warzywa, robią to w taki sposób społeczny, że każdy może do nich przyjść i sobie tą grządkę uprawić. I my z nimi weszliśmy we współpracę na takiej zasadzie, że na zmianę prowadzimy warsztaty dotyczące właśnie roślin na siekierkach. Ale najpierw oczywiście się spotkaliśmy, wymieniliśmy się kontaktami, zobaczyliśmy co oni by chcieli, na czym im zależy, jeżeli chodzi o pracę tutaj w tej społeczności, na czym nam zależy. Udało nam się zebrać, stworzyć punkty wspólne, zbiory wspólne i w ramach tych zbiorów wspólnych po prostu razem działamy.
Marcin Andrzejewski:
To są jakieś wspólne badania, prowadzicie je razem, czy to jest tak, że każdy ma swoje, przynosi na takie spotkanie swój background, coś co ma unikalnego, wypracowanego i zderzacie wtedy te dwie perspektywy?
Joanna Mikulska:
W tym przypadku to jest trochę to drugie, że trochę zderzamy dwie perspektywy, bo oni mają właśnie różną wiedzę na temat właśnie roślin, uprawiania, kompostowania, a my na przykład mamy dostęp do archiwum, gdzie mamy na przykład zebrane materiały dotyczące kółka rolniczego na siekierkach. I teraz chcemy razem zrobić cykl warsztatów, takich wokół roślin, wokół uprawy, ale też efektem tych całych wszystkich spotkań ma być wystawa dotycząca kółka rolniczego. Czyli coś jakby łączącego te dwie perspektywy. Poza tym my jako instytucja mamy lokale, mamy w sensie sale, w których możemy zrobić warsztaty, możemy im te sale bezpłatnie udostępnić, możemy też zrekrutować uczestników na te warsztaty, a oni mogą te warsztaty poprowadzić wykorzystując swoją wiedzę. Więc trochę trzeba tak poszukać takich punktów stycznych i jednocześnie zastanowić się, co sobie nawzajem możemy dać tutaj.
Marcin Andrzejewski:
I co potem? Wydarzenia się odbywa.
Joanna Mikulska:
Tak.
Marcin Andrzejewski:
Na pewno jest sukcesem.
Joanna Mikulska:
No jest różnie, jest różnie.
Marcin Andrzejewski:
No i właśnie skąd to wiemy? Skąd wiemy, czy jest różnie? Skąd wiemy, jak jest? Ale właściwie jak było?
Joanna Mikulska:
Skąd to wiemy? No po tym przeprowadzonym działaniu.
Marcin Andrzejewski:
No jasne. Ale jakieś dalej muszą nam powiedzieć, że tak zwana ewaluacja.
Joanna Mikulska:
Tak, tak, tak.
Marcin Andrzejewski:
Co dalej? Wiemy, nie wiemy?
Joanna Mikulska:
No tak, no to w zasadzie mamy kilka takich punktów w roku, kiedy spotykamy się w zespole animacji tutaj w drożkarni i zastanawiamy, szczególnie jak kończą się, czy końcu sezonu na przykład, albo bo jednak Dom Kultury działa trochę tak jak szkoła, to jest taka sezonowość, prawda, że zaczynamy tam zajęcia i projekty z reguły we wrześniu, kończymy w czerwcu. Więc przy końcu tych projektów zastanawiamy się wtedy, co się udało zrobić, co się nie udało, co wyszło, co nie wyszło, co można było zrobić inaczej, co też jest jakimś wyzwaniem, ale na przykład nie jesteśmy sobie w stanie z nim poradzić. I to jest też ważne, żeby sobie zmapować takie miejsca, które nam nie pasują, Ale one po prostu, czy w pracy miejsca, czy jakieś tematy po prostu, z którymi też nie możemy nic zrobić. Bo one po prostu są. I teraz jak musimy sobie z nimi poradzić? Jakoś musimy to ograć. Więc my jako pracownicy robimy sobie takie spotkania, właśnie z reguły pod koniec sezonu i mapujemy to, co się udaje, co się nie udaje, co też chcemy kontynuować, z czego rezygnujemy. To jest też bardzo ważne, żeby robić takie rzeczy, takie spotkania.
Marcin Andrzejewski:
i też dać sobie możliwość i właściwie przestrzeń w głowie, że są miejsca, które nam nie pasują i że to jest też okej. Diagnoza sama tego już jest.
Joanna Mikulska:
Tak, dokładnie. Samo uświadomienie sobie tego jest też wydaje mi się ważne, bo dzięki temu nie przyklejamy się do tego miejsca i nie próbujemy tego za wszelką cenę zmienić, tylko wiemy, że to jest takie. to może pójdźmy trochę dalej albo trochę obok i zastanówmy się, co możemy zrobić obok tego, powiedzmy, skoro nie możemy tego zmienić. No bo często jest w pracy animacyjnej, że chcielibyśmy coś zrobić, coś zmienić, mamy nawet już jakieś pomysły, zaczynamy robić jakieś działania i w trakcie się okazuje, że np. coś jest dużo bardziej skomplikowane, niż sobie założyliśmy. I np. jakiś proces półroczny w ogóle ma się do tego jak pięć do nosa, w sensie dotykamy dopiero wierzchołka góry lodowej, tutaj dużo metafor używam, ale w sensie chodzi o to, że jest to dopiero jakiś taki temat duży. Mogę powiedzieć na przykładzie, że mieliśmy takie działanie też akurat w Otwocku. Chcieliśmy zrobić takie działania w jednej z dzielnic Otwocka, zaangażować mieszkańców takich starych drewnianych domów. Taka architektura Świdermeier jest w Otwocku. I w części z tych domów mieszkają tam prywatni właściciele, a w części po prostu są to domy komunalne, gdzie zarządza tym wszystkim miasto Otwock. Ale jest taka dzielnica w Otwocku, która nazywa się Świder, gdzie jest bardzo dużo takich domów i też bardzo dużo właśnie komunalnych domów. i my jako stowarzyszenie mieliśmy taki pomysł, że zrobimy właśnie takie różne działania integracyjne, spacery, ognisko zrobimy i spotkamy te dwa światy, czyli ten świat właśnie tych osób, które mieszkają w tych domach drewnianych, ale są właścicielami tych domów i ten świat osób, które tylko są, może tylko czy aż, ale są lokatorami tych domów, w sensie, że mogą być też w każdej chwili na przykład wykwaterowani. No i zrobiliśmy takie jedno spotkanie, I okazało się, że tam jest tak dużo problemów, tak dużo różnych spraw, jeżeli chodzi głównie o te mieszkania komunalne, że nie jesteśmy w stanie się tego podjąć, że to powinno być przy współpracy z jakimś wydziałem społecznym też miasta. Nie jesteśmy tego jako stowarzyszenie w stanie udźwignąć i ta integracja się w zasadzie nie udała po prostu. ale ukazało się to w trakcie pracy i rozmów z tymi ludźmi, że nie mamy narzędzi do tego, żeby z nimi pracować. Powiedzieliśmy to sobie po tym i wiemy już teraz, że powinniśmy w inne strony pójść.
Marcin Andrzejewski:
Ale ważne, żeby robić.
Joanna Mikulska:
No warto, żeby spróbować, żeby doświadczyć tego, żeby jednak spróbować zrobić jakiś krok i się razem spotkać i zobaczyć czy chcemy, czy nie chcemy, czy możemy, czy nie możemy właśnie.
Marcin Andrzejewski:
Bardzo Ci dziękuję za tę perspektywę i za tę rozmowę i za to, że mogliśmy być tutaj u Was w doroszkarni.
Joanna Mikulska:
Bardzo się cieszę, że mogliśmy udostępnić właśnie to, co mamy, czyli że mogliśmy skorzystać z naszego zasobu.
Marcin Andrzejewski:
Tak jest. Jesteśmy przykładem, że tak działacie. Dzięki wielkie.