Obejrzyj na YouTube!
Posłuchaj podcastu:
Opis odcinka
Dowiedz się, jak lokalna scena muzyczna się rozwija oraz jak wygląda praca z młodymi i doświadczonymi artystami. W odcinku poruszamy: Proces organizacji koncertów oraz współpracy z lokalnymi artystami Wyjątkowy projekt Manufaktura Zespołów – jak młodzi muzycy zdobywają doświadczenie Wyzwania i sukcesy festiwalu ekstremalnych perkusistów Dramas from Hell Różnice we współpracy z artystami lokalnymi versus profesjonalnymi Streaming koncertów i rozwijanie multimedialnych wydarzeń w ośrodku kultury
Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
Transkrypcja
Bartosz Łabuda:
W tym roku to już kolejny raz, trzeci albo czwarty chyba, zrobiliśmy koncert stricte skierowany do uczniów szkół średnich. Na czym polegało to skierowanie? Polegało to na tym, że zrobiliśmy go w poniedziałek o godzinie dziewiątej.
Marcin Andrzejewski:
Bartosz Łabuda i jak się okazało przed chwilą na backstage’u jego naturalna przestrzeń koncertowa.
Bartosz Łabuda:
Tak, ta sala nie wygląda koncertowo, ale działamy tam gdzie się uda. My, czyli Świdnicki Ośrodek Kultury. Tutaj najczęściej właśnie w tej przestrzeni robię wydarzenia muzyczne, głównie z lokalnymi artystami, ale zdarzali się też artyści przyjezdni.
Marcin Andrzejewski:
Ty robisz je, znaczy ty oczywiście jako część zespołu Świdnickiego Ośrodka Kultury, robisz je na zasadzie impresaryjnej. Czy macie własne zaplecze? Czy wy wymyślacie zarys merytoryczny, artystyczny, a potem kto inny to wykonuje? Jak to wygląda u was?
Bartosz Łabuda:
o strasznie dużo pytań w jednym. Jeśli chodzi o dobór artystów, to jako instytucja kultury finansowana z budżetu lokalnego, staram się przede wszystkim działać z artystami lokalnymi też, czyli świdnickimi czy też z powiatu świdnickiego. Nie wiem czy w dobrą stronę idę z odpowiedzią na to pytanie.
Marcin Andrzejewski:
Zobaczymy.
Bartosz Łabuda:
Współpraca z tymi lokalnymi artystami to jest dla mnie priorytet. Często dostaję oferty zaproszenia do nas do Świdnicy zespołów bliższych lub dalszych z Wałbrzycha, Wrocławia czy też z Warszawy. Natomiast mam dla nich stałą odpowiedź. Jesteśmy ośrodkiem kultury finansowanym z gminy miasto Świdnica i wspieramy przede wszystkim z tego naszego budżetu lokalnych artystów. Nie jesteśmy w stanie zagwarantować stawek dla artystów, którzy chcieliby przyjechać skądś z dalsza. Po pierwsze ograniczenia budżetowe, po drugie ograniczenia kalendarzowe. Co mnie bardzo cieszy, tutaj w Świdnicy mamy naprawdę bardzo wielu wykonawców. i staramy się z nimi współpracować, ale tak jak wspomniałem, ograniczenia kalendarzowe też nie pozwalają nam każdego z tych świdnickich lokalnych wykonawców zaprosić w ciągu roku, więc jakby rozkładamy ten program na dwa, trzy lata czasem. Staramy się zawsze współpracować z tymi, którzy mają coś nowego do zaoferowania, nowy singiel, nową płytę albo parę koncertów za sobą. Ja śledzę jakby te poczynania tych naszych lokalnych artystów i staram się być na bieżąco z tym co oni aktualnie robią i wiedzieć w którym momencie dobrze by było ich tutaj u nas ugościć. Natomiast tak jak mówię, ten kalendarz nie jest z gumy. Świdnicki Ośrodek Kultury oprócz tego, że zajmuje się organizacją koncertów to robimy też wiele pokazów filmowych. pokazów teatralnych, wernisarzy i jest takie wąskie gardło. To jest nasza obsługa techniczna. Mamy tylko jednego realizatora światła i jednego realizatora dźwięku i gdybyśmy chcieli w jeden weekend albo w jeden dzień zrobić kilka wydarzeń wymagających ich udziału, to już jest jakieś ograniczenie. Nie jesteśmy w stanie wszystkiego zrealizować tak jak byśmy chcieli i musimy się też kierować jakby ich dostępnością.
Marcin Andrzejewski:
No jasne. To powiedz mi jak wygląda taka praca od czystej kartki, od samego początku. Wpadasz na pomysł lub ktoś przychodzi z pomysłem z zewnątrz. Jak wygląda ten proces doprowadzenia do samego koncertu?
Bartosz Łabuda:
Jeśli chodzi o proces doprowadzenia do samego koncertu, to ja Postarałem się wypracowywać jakieś takie mechanizmy, które przede wszystkim pozwalają mi na dobór tych artystów. To już o jednym mechanizmie powiedziałem. To jest ograniczenie się do lokalnych artystów. Drugi taki mechanizm to były świdnickie recenzje muzyczne. To jest taki projekt, który realizowałem. I on w przeciwieństwie do zapraszania tych naszych lokalsów tutaj na scenę miał sprowadzać do Świdnicy artystów większe nazwy. Artystów rozpoznawalnych z radia, z telewizji czy z playlisty jakichś tam streamingowych. Ale też nie poczuwałem się do takiej roli. decydenta, kogo mogą Świdniczanie zobaczyć, a kogo nie. Bo to też po pierwsze ograniczenia kalendarzowe, o których wspomniałem, po drugie ograniczenia finansowe. O ile z lokalnymi artystami jesteśmy w stanie się na niższe stawki umówić, o tyle z artystami przyjeżdżającymi gdzieś spoza Świdnicy, to takie nazwy jak Wejder, jak Słoń, jak Fischemade, jak Hunter, Pablo Pavo i Ludziki. Wprowadziłem mechanizm świdnickich recenzji muzycznych, gdzie zaprosiłem świdniczan do pisania recenzji ich ulubionych albumów. I to w formie konkursu się odbywało. Świdniczanie wysyłali recenzje swoich ulubionych albumów z ostatnich dwóch lat. My wybieraliśmy dziesięć najlepszych recenzji pod względem treści. Nie ocenialiśmy tego, kogo oni recenzują, ale jak sprawnie im poszło to recenzowanie. I na tej podstawie mieliśmy top ten powiedzmy artystów, których chcieliśmy ściągnąć do Świdnicy, jeśli nam terminy i budżet pozwolą. I to działało całkiem sprawnie. Udało nam się zorganizować na przestrzeni 8 lat. Jak ten konkurs realizowaliśmy to zaprosiliśmy do Świdnicy 30 wykonawców, którzy byli zrecenzowani w tych recenzjach. Jeśli chodzi o dobór artystów, czyli podział taki na artystów ogólnopolskich, rozpoznawalnych, którzy byli dobierani przez ten konkurs świdnickich recenzji muzycznych. a druga pula artystów, których zapraszamy do współpracy to ci lokalni. No i tak powiedzmy, że jakby proces doboru to mamy już opracowany. Jeśli chodzi o dalsze doprowadzenie do realizacji koncertu, do finalizacji koncertu, żeby odbył się tutaj na scenie to już zależy z którymi artystami rozmawiamy. Z lokalnymi artystami działam już od 10 lat, spotykałem się z nimi w różnych sytuacjach. I to jest o tyle proste, że znamy się bardzo dobrze. Współpracowaliśmy nie raz, nie dwa i jakby ta znajomość z nimi bardzo dużo ułatwia. Oni wydaje mi się też lubią współpracować, pojawiać się tutaj. Rzadko zdarza się, żeby ktoś mnie odmówił. Jeśli ktoś odmawia występu, to raczej ze względów jakichś tam terminowych na przykład. Ale tak, tutaj doceniam tą elastyczność, bo to oczywiście jak już mamy jakiś pomysł, że chcemy kogoś zaprosić na naszą scenę, no to trzeba przejść przez następny kolejny etap, to jest komunikacja, kontakt z tą osobą, kontakt z tym zespołem. No więc kontakt z lokalsami jest łatwiejszy, kontakt z zespołami, które pojawiały się w świdnickich recenzjach muzycznych bywał różny. To już jest kwestia menadżera. Zdarzały się przypadki, gdy byliśmy umówieni już na występ, Bardzo długo zajmowały negocjacje co do stawki, ale gdy w końcu udało się sfinalizować i mieliśmy umówiony termin, mieliśmy umówioną stawkę, wszystkie inne szczegóły, noclegi, technikę itd. I padało ostatnie pytanie np. od menadżera, no dobra, a kto będzie jeszcze występował na tej imprezie? Ja mówię, no następnego dnia będzie taki line-up na przykład. I on patrzy, no nie, to my nie możemy grać z tym wykonawcą na tej imprezie. Ja mówię, no ale przecież to jest następny dzień w ogóle, no ale my się nie możemy na plakacie, nie chcemy nawet na plakacie pojawić z tym wykonawcą. I nagle się okazuje, że no tak naprawdę kilkutygodniowe rozmowy, negocjacje Legły w gruzach, bo kwestie wizerunkowe u tego artysty, którego my chcieliśmy ściągnąć, nie zagrały z tym, jaki line-up zbudowaliśmy do tej pory.
Marcin Andrzejewski:
Co się robi w takiej sytuacji? Bo wiesz, to jest już zarządzanie ryzykiem. To już jest sytuacja kryzysowa tak naprawdę.
Bartosz Łabuda:
Tak, to było bardzo późno. To był jeden z artystów, których wcześniej w recenzjach muzycznych wyłoniliśmy, że chcielibyśmy się z nim spotkać w Świdnicy. Na szczęście artystów jest stosunkowo dużo na rynku i zawsze można się poratować kimś innym. Co prawda wtedy jest sytuacja tego typu, musimy na szybko kogoś znaleźć. Jeśli zostały nam cztery tygodnie zamiast ośmiu czy dwunastu tygodni do wydarzenia, no to wiadomo, że ta pula artystów, których możemy jeszcze złapać jest już ograniczona. No ale tak, no ale wtedy są parę dni intensywnej pracy, telefonów, maili i wszystkiego, co jest konieczne do zorganizowania zastępstwa. No i się udaje.
Marcin Andrzejewski:
Jeśli nie udaje, zostaje zrobione. Wspomniałeś wcześniej w jednej wypowiedzi, że z tymi lokalnymi… wykonawcami i artystami. Bardzo często bazujesz też na takiej osobistej relacji, no bo się znacie. To jest jakieś tam środowisko mniej lub bardziej zamknięte, więc te kontakty są także nieformalne. Ale czy to nie przeszkadza później, już w samej egzekucji? No bo w pierwszych rozmowach na pewno ułatwia, nie? No bo znacie się, rozmawiacie ten próg. wejścia jest zupełnie inny w rozmowę, no ale potem wiesz, wychodzą też rzeczy, za które ty musisz zadbać i za które jesteś odpowiedzialny. Od strony instytucji chociażby, administracyjne, formalne, prawne. Te rzeczy, których, no wiesz, lokalny artysta może nie rozumieć albo w ogóle nie mieć świadomości. Nie przeszkadza to?
Bartosz Łabuda:
Tak, czasem to przeszkadza, czasem mam wrażenie, że ci artyści, tak jak mówisz, na początku jest łatwo się z nimi skontaktować, skomunikować, natomiast często ten poziom profesjonalizmu w ich wykonaniu nie jest na tyle wysoki, żeby się dało wszystko bezboleśnie przeprowadzić. Natomiast na podstawie doświadczeń, wielu lat jestem na to przygotowany. Kiedyś starałem się pisać na przykład komunikaty Bardzo złożone, starać się zawrzeć w nich wszystkie możliwe informacje, które moim zdaniem mogą przyjść tym artystom lokalnym do głowy. Tak żeby w jednym mailu było wszystko zawarte, żeby oni nie mieli wątpliwości co do tego na co się umawiamy, czego od nich oczekuje. Potem się okazywało, że oni albo tego nie przeczytali, albo nie zrozumieli i nie dali znać w ogóle, że tego nie zrozumieli i nie wiedzą o co chodzi. Niedomówienia albo nieporozumienia wynikają z stawki netto brutto. To jak się umawiamy na kwotę to często trzeba wytłumaczyć. Niektórzy mnie pytają, ale czemu Ty nam nie powiesz ile my dostajemy na rękę? Ale słuchaj, ja nie wiem jakie ty mi dokumenty dostarczysz. Po pierwsze, żeby się z tobą rozliczyć, potrzebuję mieć jakieś dokumenty do tego rozliczenia. Ja nie wiem jakie ty mi dokumenty dostarczysz. Czy my się rozliczymy na umowę zlecenie, czy to będzie osoba pełnoletnia, czy niepełnoletnia, która się rozliczy, czy dostaniemy od ciebie fakturę zwolnioną z VAT czy na 0% czy na 23%. Ja operuję budżetem brutto. Oni by chcieli od razu wiedzieć jaki jest netto. Tak akurat przytoczyłem ten fragment, bo to najczęściej się w zasadzie pojawia, ale też mam wrażenie, faktycznie z lokalnymi… Czasami mam wrażenie, że chcieliby wejść mi na głowę. Może tak. Że w trakcie realizacji danego wydarzenia, na które jestem z nimi umówiony, oni starają się coś zmienić, próbują coś zmienić, nie tak jak ustaliliśmy wcześniej. Nie wiem, może to jest jakby moja potrzeba zbyt duża kontroli. Ale… Chociaż nie, chyba nie, bo z kolei jak przyjeżdżają artyści spoza Świdnicy, którzy są zawiadywani przez agencję, przez menadżerów, którzy mają za sobą… dziesiątki, jak nie setki koncertów, to z nimi współpraca jest innego typu. To jest łatwiejsze. Oni wiedzą co mają zrobić, wiedzą na którą być na miejscu, ile trwa próba. Nie muszę im przypominać, że to już jest pora kończyć próbę. Oni wiedzą, że przyjeżdżają na próbę, to jest próba dźwięku, tylko 5-10 minut np. nagłaśniają gitary i schodzą. Lokalni artyści z kolei starają się te próby przeciągać jak najdłużej. Oni to traktują tak jakby to była próba kolejna, którą grają raz w tygodniu na przykład i cały materiał chcą przegrać, a najlepiej to dwa razy. Ci doświadczeni artyści nie tracą na to czasu. Oni wolą się ustawić tak jak trzeba, realizator mówi, że ma wszystko co potrzebuje, oni stwierdzają, że mają wszystko co potrzebują i idą odpoczywać do garderoby, bo przyjechali kawał drogi z Warszawy na przykład i potrzebują czasu na odpoczynek. No to takie są różnice we współpracy.
Marcin Andrzejewski:
Wyobraź sobie, że ja jestem takim artystą, który zaczyna, nie ma doświadczenia, wie co gra, chce to zaprezentować i przychodzę do ciebie. Z całym moim bagażem emocjonalnym, a ty masz po drugiej stronie cały bagaż No i musimy zderzyć te dwie perspektywy, które być może będą się wykluczać. Czy ja, jako taki w dobrej wierze działający artysta, ale jednak nie mający zasobu wiedzy, mogę go gdzieś znaleźć, albo mogę coś zrobić, albo ty możesz mi zasugerować. Gdzie się tego douczyć? Czy są takie przestrzenie? Czy to jest tylko i wyłącznie doświadczenie i trzeba ograć 100 koncertów, żeby się po prostu z tym zaznajomić? Bo to też wtedy tobie będzie łatwiej.
Bartosz Łabuda:
Jak przychodzi do mnie ktoś nowy, z kim nie miałem wcześniej do czynienia, to staram się gdzieś uruchomić tą empatię i przelatuję wstecz wszystkie te swoje przygody z początkującymi powiedzmy artystami. Co im największe problemy stwarzało i jakie tam mieliśmy największe nieporozumienia. I może nie tak, że wprost od razu jemu na twarz to rzucam, że słuchaj nie rób tego, tego, tego. Tylko staram się mieć to na uwadze po prostu i jak się z nim umawiam, jak rozmawiam o czymś to takie wtrącenia. Staram się go od razu podciągnąć w niektórych kwestiach. Bo wiem, że to będzie łatwiejsza praca i dla niego, i dla mnie. Żeby się nie denerwować w dniu samego wydarzenia, to mówię mu już wcześniej o jakichś kwestiach. Że próba jest po to, żeby ustawił sobie odsłuchy i to wszystko, a nie żeby cały materiał przerabiał. Staram się tak komunikować. Natomiast faktycznie doświadczenie Doświadczenie ma znaczenie i dlatego zaczęliśmy realizować od niedawna taki nowy projekt Manufaktura zespołów, który daje możliwość zaistnienia na scenie czy zafunkcjonowania w składzie kilkuosobowym. Ludziom, muzykom, głównie młodym i początkującym, którzy do tej pory grali gdzieś tam w domu, uczyli się grać z YouTube’a na gitarze, czy perkusji, czy śpiewali sobie pod prysznicem, żeby mogli się pojawić i razem z innymi chętnymi stworzyć zespół po prostu. Stworzyć zespół, stworzyć wspólny kawałek, wystąpić z tymi swoimi utworami autorskimi i coverowymi raz na scenie, drugi raz na scenie, trzeci raz na scenie. I myślę, że to jest najlepsza metoda, żeby jednak przez takie doświadczenia, żeby się oswajać z tym, co się dzieje. Bo ciężko zrobić jest jeden warsztat, czy jeden wykład, czy nawet przeze mnie jedną pogadankę, albo długiego maila na trzy strony, a cztery, to już się oduczyłem tego. Ale nic nie zrobi im lepiej niż doświadczenie. niż jak sami wejdą na scenę, pokonają stres, to nawet wtedy ja nie jestem sam z podciąganiem ich w tych umiejętnościach, tylko jest jeszcze jeden realizator dźwięku, drugi realizator oświetlenia, są jeszcze instruktorzy, którzy z nimi pracują w salkach prób, co tydzień się spotykają podczas tych prac warsztatowych. Oni wtedy się uczą komunikacji w zespole, spóźnienia np. w tej grupie wiekowej, młodszej to są dosyć powszechne, ale tam też instruktorzy starają się przekazać takie informacje, że słuchajcie, Czekają tutaj na was koledzy i koleżanki, jak wy się spóźniacie to my nie zaczniemy próby. Więc taki komunikat idzie tam. Wydaje mi się, że ta manufaktura zespołów wszechstronnie buduje świadomość tych uczestników, młodych muzyków, którzy pojawiają się coraz częściej na naszej scenie.
Marcin Andrzejewski:
No tak, bo posiadanie własnego zespołu muzycznego to jest codzienna właściwie praca z zewnętrznym zespołem. Bardzo często takim, który poznajesz dopiero chwilę przed występem.
Bartosz Łabuda:
Tak, jeśli chodzi o manufakturę zespołów to jest o tyle odmienna sytuacja od standardowego powstawania zespołów, że zespoły standardowo tworzyły się czy też tworzą przez to, że ludzie się gdzieś tam spotykają, mają znajomych i słuchaj to ty grasz na perkusji, ja gram na gitarze, poszukajmy basisty i wokalu i będziemy mieli zespół. A tutaj do manufaktury faktycznie przychodzą osoby, które wcześniej w ogóle albo z nikim nie grały, albo te osoby, z którymi grały to nie chcą brać udziału w naszych działaniach, więc taka jedna pojedyncza osoba do nas się zgłasza, bo chciałaby coś więcej pograć, zcieciować się z ludźmi i poszerzyć swoje horyzonty. No i to tak, na początku oni się nie znają w ogóle i to też jest proces, żeby oni się poznali. To chwilę zajmuje, dlatego nasze działania trwają tak naprawdę od kwietnia do grudnia. W grudniu koncert finałowy się odbywa, już drugi rok z rzędu. No i tak, trochę czasu to zajmuje. Najpierw oni się oswajają, potem poziomują swoje umiejętności tak naprawdę. Bo w zespołach czasem się zdarza, że ktoś jest na innym poziomie niż cała reszta, no to ci trochę słabsi muszą podgonić i… No właśnie i nadgonić.
Marcin Andrzejewski:
No i dobrze, po to jest ośrodek kultury, żeby tę kulturę wyciągać w górę.
Bartosz Łabuda:
Tak myślę.
Marcin Andrzejewski:
Tak powinno przynajmniej być, chociaż bez presji. Bo to wiadomo, to są też młodzi ludzie, bo jest tam jakieś ograniczenie wiekowe, czy to z automatu, tak jakby naturalnie wychodzi, że przychodzą młodsze osoby?
Bartosz Łabuda:
Nie robimy żadnych ograniczeń wiekowych, natomiast z doświadczenia też widzę, że łatwiej jest dotrzeć i zaangażować młodszych niż starszych. W zeszłym roku bardzo zależało mi przy pierwszej edycji manufaktury zespołów, żeby zaangażować też dużo seniorów, czyli takiej grupy wiekowej 60+. I naprawdę, o ile tą grupę młodszych i dorosłych udało mi się w miarę szybko zrekrutować, to za seniorami trzeba się było bardzo nachodzić. I to też było dla mnie nowe doświadczenie, bo widzę różnicę w tym, jak należy niektóre rzeczy komunikować i jak można dotrzeć do innych grup wiekowych. Bo ile np. dorosłych i młodzież to czasem wystarczą same jakieś sponsorowane reklamy w social mediach. Tak np. do seniorów to praktycznie wcale nie dociera. Do nich to trzeba pójść konkretnie, do Uniwersytetu Trzeciego Wieku trzeba pójść, powiedzieć co się ma do zaoferowania, potem w przerwie na kawę porozmawiać jeszcze z nimi, ktoś podejdzie, spyta jak to wygląda dokładnie, a ja mam takiego znajomego co gra na akordeonie, ale on się wstydzi. No to za tydzień przychodzę, jak jest ten znajomy z akordeonem i on mówi, no tak, ja gram na akordeonie, ale się wstydzę. No to trzeba potem jeszcze z nim kolejny raz się spotkać i porozmawiać jeszcze raz, poprzekonywać trochę. Potem się kończy tak, że on przychodzi na pierwsze, drugie spotkanie i potem mówi, nie, ja się wstydzę i nie będę kontynuował. Inny nie będzie miał takich już obaw, na przykład po tych kilku spotkaniach dołączy i stwierdzi, że jest fajnie i będziemy działali razem. Więc tak, na pewno z seniorami więcej trzeba rozmawiać, spotkania osobiste są też bardziej wartościowe i można lepsze efekty uzyskać niż standardowe plakaty, czy social media, czy komunikaty w innych mediach.
Marcin Andrzejewski:
Ten pomysł wyszedł skądś, z jakiejś obserwacji
Bartosz Łabuda:
czy po prostu to był twój autorski… Manufaktura zespołów? No to był taki z obserwacji tego, że jest bardzo mało młodych ludzi na rynku, szczerze powiedziawszy na rynku muzycznym, na scenie muzycznej. Z racji tego, że pracuję z tymi muzykami, jak już wspomniałem, lokalnymi na co dzień to widziałem, Średnia wieku cały czas rośnie, bo nikt nowy nie pojawia się na scenie, a niektórzy starsi też już powoli odpadali, bo im się nie chciało, bo nie mieli z kim grać. Więc nie dość, że był taki ubytek lokalnych muzyków, bo przechodzili na muzyczną emeryturę, to jeszcze ta średnia wieku się cały czas podnosiła, bo nikt nowy się nie pojawiał na tej scenie. Więc manufaktura tak naprawdę powstała, żeby trochę żeby gdzieś tą młodzież wyłuskać, bo jakby wiedzieliśmy, że zainteresowani graniem są, bo widać było na mieście ludzi chodzących z gitarami, czy może nie z perkusją, ale zainteresowanych muzyką. Zresztą to na samych koncertach było widać, że dużo młodzieży przychodzi. No i tak, postanowiliśmy ich wyłuskać i po dwóch latach widzę, że to się udało. To nawet bardziej doświadczenie muzycy, z którymi współpracuję już tutaj od lat. Mówią, że efekt jest niesamowity, bo od czasu powstania Momfaktury powstały dodatkowe dwie salki prób typu Plug Play, że tam na godziny się wynajmuje i przychodzi. To jest naprawdę dużo, bo pierwsza salka zapełniła się Już kompletnie, że kalendarz nie wydalał przy zainteresowaniu muzyków, więc powstała druga. Ta młodzież i starsi też korzystają. Jeszcze wrócę do seniorów z tego poprzedniego roku, bo mimo tych ciężkich podejść, gdzie oni się wahali, przychodzili, kończyli przychodzić i tak dalej, to powstał też fajny efekt, Jedna grupa seniorska poznała się, no tak jak mówiłem przed chwilą, że oni się spotkali tutaj na manufakturze tak naprawdę, a już po dwóch tygodniach byli zżyci z sobą tak, że rozmawiali jakby się znali od lat tak naprawdę. Jak się przyszło do nich na próbę, to oni żartowali, śmiali się i umawiali się na spotkania po próbie, więc też taka różnica między seniorami a młodymi, z którymi trzeba trochę dłużej popracować, żeby się zaznajomili ze sobą, to u seniorów to szybciej zażarło.
Marcin Andrzejewski:
Czyli efekt społeczny dodatkowy jeszcze.
Bartosz Łabuda:
Myślę, że tak.
Marcin Andrzejewski:
To też jest mega cenne. Ale po drugiej stronie jakby od manufaktury i od tego typu działania, które się charakteryzuje ludźmi, którzy zaczynają dopiero przygodę z muzyką, jest coś, co robisz z tym cudownym instrumentem, który się dość słabo transportuje, o którym wspomniałeś przed chwilą, czyli festiwal perkusyjny.
Bartosz Łabuda:
Tak, Świdnicki Ośrodek Kultury jest współorganizatorem tego wydarzenia. To też jest ciekawe, bo pomysłodawcą była osoba z zewnątrz, spoza ośrodka. A myślę, że parę wydarzeń takich u nas w Ośrodku Kultury się odbywa, które jakby nie są naszymi autorskimi, ale które zostały przeniesione gdzieś tam z zewnątrz. A my to podchwytujemy i staramy się zrealizować, bo czujemy, że to jest dobry pomysł. Tak samo właśnie z festiwalem perkusyjnym Dramas from Hell. przyszła osoba, która zajmuje się prowadzeniem kanału w serwisie streamingowym wideo. Kanału dotyczącego perkusistów ekstremalnych. Autor tego kanału jeździ po całej Europie, nagrywa perkusistów z najbardziej znanych zespołów metalowych. Jego kanał ma w tej chwili 60 tysięcy subskrybentów, więc to jest chyba całkiem niezły zasięg. On przyszedł z pomysłem takim, żeby tych perkusistów, z którymi on współpracował przy nagrywaniu wideo, zaprosić tutaj do Świdnicy. Naprawdę z wieloma artystami ma świetny kontakt i nie jest problemem dla niego zaprosić wykonawców, W inny sposób myślę, że do Świdnicy by nie dotarli. Jednak nie ma co ukrywać, Świdnica nie jest dużym ośrodkiem. Ci artyści, którzy nas odwiedzali do tej pory w ramach festiwalu perkusyjnego, to ze swoimi zespołami przyjeżdżają do Polski, ale to są raczej większe niż mniejsze miasta typu Warszawa, Kraków czy Wrocław. A dzięki Rafałowi udało się ich zaprosić tutaj. Bez żadnych problemów godzą się na występy w Świdnicy, która nie jest dużym ośrodkiem, ale jest dzięki temu wydarzeniu w stanie przyciągnąć też wielu fanów ekstremalnej muzyki. Pierwsze dwie edycje to były prawie sold-outy w sali teatralnej, która obecnie jest w remoncie. Po 300 osób się pojawiało na tym wydarzeniu.
Marcin Andrzejewski:
I tylko perkusje.
Bartosz Łabuda:
Tylko perkusja, tak. To są perkusiści, którzy wykonują materiał swoich rodzimych kapel, natomiast z podkładami granymi z playbacku można powiedzieć. Tam partie gitar, partie basu, partie wokalu są odtwarzane ze ścieżek, natomiast perkusja, która jest wyeksponowana na środku sceny, oświetlona tak jak Myślę, że nie często podczas zespołowych występów jest w centrum uwagi i to perkusiści są w centrum uwagi. Oni grają na żywo, oni są nagrywani z kilku kamer w tym czasie i to jest robiony stream. Stream na żywo, który jest nad sceną projektowany, tak żeby była lepsza widoczność ujęcia na stopę na przykład, czy na mniej widoczne od frontu elementy perkusji.
Marcin Andrzejewski:
Czyli to jest takie pełnoprawne wydarzenie multimedialne?
Bartosz Łabuda:
O tym nigdy nie myślałem, no to faktycznie. Jakieś multimedia są tam wykorzystane. Czy to nazwałbym multimedialnym? Nigdy nie pomyślałem o tym w ten sposób, ale chyba tak. Skoro jest kilka kamer zaangażowanych, montaż też jest robiony na żywo i to wszystko jest właśnie projektowane na ekran.
Marcin Andrzejewski:
Ten festiwal, dobrze zrozumiałem, jest też streamowany na żywo dla publiczności z zewnątrz, czy tylko wykorzystywany jest ten obraz na sali?
Bartosz Łabuda:
Ten obraz jest wykorzystywany tylko na sali, a właściwie nie. Tylko on nie jest streamowany na żywo. Ten materiał, który nagrywamy w trakcie jest potem montowany, jest publikowany, ale to już powiedzmy po miesiącu od wydarzenia. I też nie pojawia się w całości, tylko jakieś tam fragmenty powiedzmy najciekawsze są publikowane. W ogóle jakby pomysł tego, żeby to na żywo streamować na tym ekranie nad sceną, To jest uzupełnieniem tego, że chcieliśmy też streamować, no właśnie, to tak trochę ominąć ograniczenia naszej małej świdnickiej sali teatralnej, gdzie nie można wchodzić na salę teatralną Świdnickiego Ośrodka Kultury z napojami, z przekąskami. Ale stwierdziliśmy, że skoro festiwal perkusyjny trwa kilka godzin, no to też szkoda trochę zostawić tam tych ludzi o suchym pysku, że się tak wyrażę nieelegancko. Więc postanowiliśmy obejść system i dopuściliśmy sprzedaż napojów i przekąsek, tylko że w holu sali teatralnej. Nadal nie można było z tym wchodzić na salę, ale w holu jak najbardziej. Urządziliśmy tam strefę gastronomiczną, stoliki, krzesełka, sprzedaż i wystawiliśmy ekran. na którym też była robiona projekcja z tego, co się dzieje aktualnie na sali. Czyli jeśli ktoś wychodził, żeby skorzystać z gastronomii, to nie omijało go wydarzenie, które w tym samym czasie trwało, tylko można było sobie jeszcze obejrzeć na telewizorze i posłuchać z głośników to, co się dzieje w sali.
Marcin Andrzejewski:
Zobacz ile tutaj mamy takich elementów synergii, które składają się na pewną taką unikalność tego wydarzenia. Po pierwsze to jest pomysł, który przyszedł trochę z zewnątrz, tak jak powiedziałeś, ale człowieka, który jest w tym profesjonalistą, a jednocześnie zapewnia też odpowiednią dystrybucję treści i zasięgowość informacyjną o tym wydarzeniu. Więc tu już masz sytuację win-win. Wy myślicie też bardziej holistycznie, że jeżeli sala ma 300 osób, to to nie jest koniec procesu myślowego, że ojejku, to możemy sprzedać tylko 300 biletów i koniec. Tylko zróbmy coś, żeby tym ludziom było lepiej, a jeżeli ci ludzie będą chcieli zjeść, to wychodzą na zewnątrz, ale nadal mogą uczestniczyć jakby w tym wydarzeniu, więc trzymacie ich tam w obrębie w obrębie lokalu, a wydawałoby się, że to tylko albo aż festiwal muzyczny, który można teoretycznie wymyśleć na chwilę, a jednocześnie to strasznie dużo mechanizmów, które trzeba zaopiekować. Jedna osoba tego nie zrobi na pewno.
Bartosz Łabuda:
Ale dwie już tak.
Marcin Andrzejewski:
Bardzo zdolne dwie osoby.
Bartosz Łabuda:
Oczywiście pomysłodawca jest z zewnątrz. Ja jestem takim pracownikiem merytorycznym ośrodka kultury, który wie gdzie przekazać dalej te potrzeby tej osoby z zewnątrz. Czyli ja jestem takim łącznikiem między osobą z zewnątrz, pomysłodawcą, a tymi naszymi rozbudowanymi siokowskimi strukturami. Bo oczywiście to nie jest tak, że tylko dwie osoby działają przy tym, bo jest cała masa innych pracowników w środkach kultury, którzy przy tym działają. Nasz realizator dźwięku, mimo że nie jest głównym realizatorem podczas festiwalu perkusyjnego, bo tam też osoba z zewnątrz przyjeżdża, żeby w pełni zaspokoić potrzeby naszych artystów. To jest realizator, który często z nimi koncertował, z tymi naszymi artystami, więc zna ich potrzeby, zna ich wymagania. Uznaliśmy, że łatwiej będzie, jeśli on zajmie się tą stroną nagłośnieniową. Natomiast nasz realizator nie jest przez to zupełnie wyłączony z działań, bo on przygotowuje wszystko przed przyjazdem tego głównego realizatora i na miejscu w trakcie imprezy oni współpracują ze sobą. Jeden jest na scenie, drugi jest na fochu i tu jest współpraca. Oczywiście nasz realizator oświetlenia też dostaje jakieś wymagania od artystów, którzy przyjeżdżają, ja je przekazuję. Znaczy Rafał dostaje je od artystów, przekazuje je do mnie, ja je przekazuję do oświetleniowca. Czasem pojawiają się jakieś zakłócenia w tych długich przekazach w tej komunikacji, ale to jest coś co szybko jesteśmy w stanie wyjaśnić, naprostować. No i całe zaplecze biurowe, panie księgowe, Panie księgowe, panie z sekretariatu, pani kadrowa. To są osoby, które tak jak mówisz, jak popatrzeć tak uważnie na ten festiwal, to jest pełna synergia. Jest dużo rzeczy, o których ja wcześniej nie myślałem, żeby nazwać to wydarzeniem multimedialnym, ale jak ktoś popatrzy na to z boku, to wtedy może dostrzec, że to jest faktycznie kawał roboty. No a jak się zagłębić jeszcze bardziej, to faktycznie tam pod powierzchnią jest cały sztab ludzi, którzy nad tym pracują. I to jest ważne, żeby mieć fajnych ludzi, z którymi się pracuje. Żeby nie unikać z nimi kontaktu, bo się z kimś nie lubię, albo boję się z kimś porozmawiać. Tylko iść na pewniaka.
Marcin Andrzejewski:
No tak, to prawda. Ważne jest, żeby ufać.
Bartosz Łabuda:
Wiadomo, każdy ma lepsze i gorsze dni, ale jak trzeba coś zrobić, to nie można się nad tym zastanawiać. Czy ja mogę teraz pójść do koleżanki, która się zajmuje księgowością, bo wiem, że ma oblężenie takie. Teraz na przykład jak jest końcówka roku, to faktury przychodzą, wychodzą i jest naprawdę nawołnica. No po prostu trzeba, trzeba działać.
Marcin Andrzejewski:
Trzeba działać. Właśnie. Powiedz mi, bo masz też kontakt non stop właściwie z artystami. To twoja praca polega także na tym. Wielokrotnie są uczestnicy, są organizatorzy wydarzeń, którzy z osobami artystycznymi mają mniejszą styczność, a tutaj ze względu na specyfikę w twojej, w twojej działce, czyli muzyce, ten kontakt jest dość, dość częsty. Jakie masz doświadczenia i osobiste,
Bartosz Łabuda:
i z
Marcin Andrzejewski:
kontaktów z artystami na temat streamingów, na temat koncertów online albo wydarzeń hybrydowych. Jak oni do tego podchodzą? Wiadomo, że była pandemia i tam wtedy wszyscy chcieli to robić, ale jak jest obecnie? I jak ty czujesz prywatnie? Bo też mnie interesuje bardzo twoja prywatna opinia na ten temat.
Bartosz Łabuda:
Ja uwielbiam wydarzenia online, oglądać. Ponieważ tych wydarzeń na żywo, w których sam biorę udział to mam już dosyć i znajomi z Wrocławia mnie pytają kiedy wreszcie przyjadę na jakiś koncert, a mi naprawdę jest tak ciężko się zebrać ze Świdnicy i pojechać do tego Wrocławia. Mam wrażenie, że przesyt tych wydarzeń muzycznych. Ale wydarzenia online lubię sobie z rodziną zasiąść i pooglądać jakieś nowości z kanału NPR Music. Jeśli chodzi o doświadczenia z artystami. Pandemia faktycznie była takim okresem, kiedy mocno szliśmy w tę stronę. My jeszcze trochę przed pandemią zaczęliśmy robić coś takiego jak Setka w teatrze. To był projekt, który znowu z lokalnymi artystami. Zapraszaliśmy ich do sali teatralnej i robiliśmy tam nagrania. Po trzy utwory każdego zespołu audio i wideo nagrywamy. Na setkę, czyli w standardowy sposób wszyscy siadają razem, nie jak w studio, że nagrywamy ścieżki osobno. Tylko cały zespół siada razem w kółeczku na scenie sali teatralnej. Świetna akustyka, niezła scenografia do nagrywania. No i potem to publikowaliśmy w wersji wideo, w wersji audio. Streamingi wrzucaliśmy do… Do portali streamingowych. To były nasze takie początki jeśli chodzi o nagrywanie audio-video. Potem przyszła pandemia i w jej trakcie postanowiliśmy trochę rozwinąć ten temat. O ile wcześniej nagrywaliśmy tylko trzy utwory w wersji audio i po jednym w wersji wideo, to od pandemii zaczęliśmy nagrywać już wszystko w wideo. Dalej to były trzy utwory, bo jednak taka sesja na setkę z trzema utworami to z pięć godzin roboty. więc ograniczenia czasowe też nam nie pozwoliły na więcej, a wydaje mi się poza tym, że to było wystarczające jeśli chodzi o jeden zespół. To miał być taki materiał promocyjny, gdzie zespoły mogłyby to wysyłać do organizatorów, a nie żeby koniecznie cały jakiś tam autorski materiał nagrać w formie albumu. W trakcie pandemii zaopatrzyliśmy się w dodatkowy sprzęt, kupiliśmy dodatkową kamerę, kupiliśmy mikser wideo, Czy my to wykorzystaliśmy jakoś tak? Tak, to było gdzieś używane dalej. Natomiast nie pamiętam teraz, żebyśmy robili jakieś takie stricte streamingowe wydarzenie, które by było w live na przykład robione. Tak naprawdę ci perkusiści, ten festiwal perkusyjny, który teraz robimy to jest taki od czasów pandemii najbardziej powiedzmy zmultimediowany. Najbardziej takie sfilmowane wydarzenie, które organizujemy i z niego potem faktycznie jest sporo materiałów audiowizualnych, które jest publikowane. I to jest spoko, bo też dzięki tej współpracy z Rafałem i z kanałem DRAMAS FROM HELL mamy takie gwarantowane zasięgi. Bo też mam tutaj doświadczenie z publikowaniem, z nagrywaniem lokalnych artystów. to czasem się okazuje, że po opublikowaniu tego mamy bardzo słabe wyniki, mniejsze niż byśmy się spodziewali, niż się spodziewali artyści. No tak, bo samo nagranie to nie jest wszystko, co jest potrzebne, żeby to zażarło. To jest dopiero początek, a szczerze powiedziawszy to nigdy nie starczało już czasu na zrobienie tego więcej. I tak sporo wydaje mi się, Poświęciłem energii i czasu na to, żeby pójść w portale streamingowe i podpisać umowę z agregatorem muzyki, który dostarcza to do wszystkich Spotify’ów, YouTube’ów itd. Z tym było sporo formalności, sporo nakładów finansowych też, bo to nie jest tak, że wrzucenie do Spotify’a to jest zupełnie bezpłatna rzecz i sobie wrzucasz i to samo idzie. Trzeba najpierw zainwestować, wykupić licencję, podpisać dokumenty z artystami, bo też żeby to wszystko fajnie się zgrywało, no to dobrze mieć to formalnie załatwione w jak najlepszym stopniu. No i tak, to jest dużo papierologii, dużo formalności, a już nawet jak się to przejdzie i wrzucamy to do streamów, No to potem jeszcze jest cała promocja związana z tym, żeby to zażarło. To jest pikowanie tej muzyki przecież i nie starcza na to czasu.
Marcin Andrzejewski:
No tak, to już trzeba zostawić lepszym od siebie, ze względów na zasoby czasowe chociażby. Rzadko która instytucja kultury może sobie pozwolić na specjalistę akurat w tej wąskiej dziedzinie.
Bartosz Łabuda:
Tak i dlatego właśnie te streamingi, nie wiem, w moim przypadku jakoś tam nigdy nie zażarły. Setka w teatrze, spoko. Perkusiści też dają nieźle radę jeśli chodzi o publikacje wideo. Robiliśmy kilka nagrań nie do streamingu, ale do późniejszej publikacji występów coverowych z udziałem lokalnych wokalistów i muzyków. To był taki efekt pandemii i po pandemii, ale właśnie one nie cieszyły się takim zainteresowaniem jak ja liczyłem, albo nie udało nam się dotrzeć do takiego dużego grona osób jakie bym chciał. No i potem jest takie poczucie, że zmarnowałem trochę czas, nie dość, że swój, to pal licho, bo to była moja decyzja, ale jeszcze tutaj realizatorów, jeszcze artystów i oprócz tego, że oni wystąpili np. dla pustej sali i paru kamer, no to kurczę efekt jest taki sobie.
Marcin Andrzejewski:
Choć teraz nieraz też wpadamy w taką pułapkę umysłu, bo próbujemy policzyć ile mamy miejsc na sali i chcemy ten sam wskaźnik np. uzyskać, a nieraz jest tak, że te streamy czy w ogóle kulturę online odbierają osoby, które w życiu by tutaj nie przyszły, bo mieszkają 30 km dalej i nie dojadą. bo są wykluczone ekonomicznie. Ich po prostu nie stać na to. Nieraz te 10 odtworzeń, to zdarza się tak, że jak spojrzysz w głąb skąd te 10 odtworzeń było, to można otworzyć oczy szeroko naprawdę.
Bartosz Łabuda:
No tak, to jest też inna kwestia analizy tego, z czym się pracuje. Dobrze powiedziałeś też kolejna rzecz, gdzie otworzyłeś mi trochę oczy, bo faktycznie patrząc przez pryzmat sali, która ma 300 miejsc na przykład, no to wyświetlenie nagrania, które odbyło się w tej sali i ma 600 czy 900 wyświetleń, no to zależy jak to zanalizować. Czy to faktycznie 900 osób obejrzało? Jeśli tak, no to super, bo musiałbym trzy koncerty zrobić na tej sali 300-osobowej, żeby do tych 900 dotrzeć, tak? A tutaj nagrałem jeden koncert i jest 900 wyświetleń. No to tak, to jest kwestia tego, czy szklanka jest w połowie pełna czy pusta. Ale jeśli chodzi, jeszcze dodam, może Jeśli chodzi o osoby, które po raz pierwszy miały kontakt z wydarzeniem, bo są wykluczone, albo nie miały motywacji nigdy do tego, żeby dotrzeć na jakieś z naszych wydarzeń, to tutaj widzę niezły efekt też manufaktury zespołów właśnie, bo w tym roku to już kolejny raz, trzeci albo czwarty chyba, zrobiliśmy koncert stricte skierowany do uczniów szkół średnich. Na czym polegało to skierowanie? Polegało to na tym, że zrobiliśmy go w poniedziałek o godzinie 9. I to jest taka godzina, gdzie uczniowie, a raczej nauczyciele mogą wyjść z uczniami. i zobaczyć takie wydarzenie, które nie często się zdarza. O ile szkoły czasem wychodzą do kina, czasem wychodzą do teatru, to koncertowych wydarzeń dla szkół w Świdnicy nie ma raczej. A gdzieś w okolicach to też nie kojarzę, żeby były jakieś grupy, które jeżdżą z takim koncertowym repertuarem i docierają do młodzieży na przykład. I tutaj prowadzący na przykład właśnie tegoroczny koncert dla szkół, tak zszedł ze sceny i mówi, słuchaj chwilę po tym, jak zespół zaczął grać, to ja widziałem takie zdziwienie na twarzach niektórych tych ludzi, że jakby widać od razu, że oni pierwszy raz są w ogóle na koncercie. Albo nie spodziewaliście tej głośności, albo nie spodziewaliście, że to będzie taki efekt całości, bo jest scena, są muzycy, jest światło, no wiadomo, dla mnie czy dla ciebie to pewnie nie jest nic nowego. Ale jak się ktoś ze Strzegomia, czy spod Strzegomia dotarł pierwszy raz na takie wydarzenie, to może być faktycznie… Kurde, co tu się dzieje? Mam nadzieję, że pozytywnie byli zaskoczeni, a
Marcin Andrzejewski:
nie… Dla tych emocji to się robi, wiesz?
Bartosz Łabuda:
No myślę, że tak. I taki przekaz właśnie jak dostałem od prowadzącego, czy potem od nauczycieli jak dostałem, że super wszystkim się podobało. Mam nadzieję, że nie pisaliby tak tylko po to, żeby napisać, żeby było mi miło, tylko że to jest faktyczne odczucie, że potem rozmawiali z tymi uczniami jeszcze i uczniowie powiedzieli, że tak było ekstra, pójdźmy za rok. Natomiast współpraca ze szkołami to też nie jest łatwy kawałek chleba. Tak, to jest naprawdę ciężko kilka szkół na raz skomunikować, zgrać w jednym terminie. Każda szkoła inaczej funkcjonuje. Tutaj trzeba się kontaktować z dyrektorem w tej szkole, a w innej szkole trzeba się komunikować z panią bibliotekarką, a w jeszcze innej szkole trzeba się komunikować z kimś innym, to po pierwsze. Po drugie, w tym roku na przykład trochę zamieszania wynikło ze względu na zmianę ustawy.
Marcin Andrzejewski:
Rozporządzenie ustawy, no generalnie mogą teraz zupełnie inaczej wychodzić na zewnątrz.
Bartosz Łabuda:
Tak, że inaczej jest rozliczanie godzin, gdy klasa jest poza szkołą. Tutaj jeszcze w tym roku szkoły, z którymi tradycyjnie współpracowałem i miałem już zaprzyjaźnionych koordynatorów. To też jest ważne właśnie, żeby gdzieś tam tych koordynatorów znaleźć, wyłuskać, wiedzieć kto może być zainteresowany muzyką i trzymać się wszelkimi sposobami, żeby był z nimi kontakt i żeby oni byli zadowoleni ze współpracy. No i w tym roku takie osoby np. odmawiały mi ze względu na na decyzję Rady Pedagogicznej, gdzie została podjęta, że dopóki nie zostaną przepisy zmienione, to szkoła nie wychodzi poza budynek na żadne lekcje, wydarzenia itd. Ja czułem, że z ciężkim sercem, ale odmawiają.
Marcin Andrzejewski:
Wiem, że robisz fantastyczne rzeczy. Nie wiem z czego bardziej zazdroszczę Ci. Czy Manufaktury, czy tego festiwalu ekstremalnych perkusistów.
Bartosz Łabuda:
Podkreślmy to ekstremalnych. Ale tutaj też jest fajny efekt przy tych ekstremalnych perkusistach, bo w dużym mieście, Rafałowi współorganizatorowi mówili znajomi, stary zrób to w Krakowie, wyprzedaż to w tydzień i będziesz miał z głowy. Tylko, że w Krakowie mam wrażenie, że przyszłaby taka jednorodna masa ludzi. Takich właśnie, którzy lubią metal, którzy interesują się perkusją i to by tak wyglądało. Tutaj natomiast w Świdnicy mam wrażenie, że przychodzi dużo ludzi, którzy niekoniecznie są metalowcami, którzy niekoniecznie są perkusistami czy nawet grają na czymkolwiek, tylko przychodzą dla samego efektu tego jak to jest zrealizowane albo znajomy ich zaprosił i oni idą z ciekawości zobaczyć jak to wygląda. Przychodzi nauczycielka od mojego syna ze szkoły, bo z kolei jej syn gra na perkusji, nie gra metalu. ale jest zafascynowany perkusją. Ona lubi też muzykę, nie ważne może nie metal, ale jakieś inne doświadczenie, zobaczenie czegoś innego. Przede wszystkim tych perkusistów na środku sceny, nie tak jak zawsze schowanych gdzieś tam z tyłu. No właśnie, to podobnie jak ta manufaktura czasem daje, ja mam takie wrażenie, że daje osobom wgląd w coś, co na co dzień nie byłoby możliwe chyba.
Marcin Andrzejewski:
Inna perspektywa. I to też nie do końca zaplanowana. To też jest piękne, że są takie rzeczy, które wychodzą po drodze i tylko trzeba pozwolić im rosnąć.
Bartosz Łabuda:
Tak, tak, tak. Przyznam szczerze, że to… Pani dyrektor jakieś ryzyko podjęła, gdy przyszliśmy z pomysłem, żeby zrobić festiwal perkusyjny tego typu. Nazwiska nic nie mówiące przeciętnemu mieszkańcowi Świdnicy i nagle pytanie, no zróbmy festiwal dla metalowców w sali teatralnej Świdnickiego Ośrodka Kultury.
Marcin Andrzejewski:
Brzmi jak przepis na sukces.
Bartosz Łabuda:
Także sporo odwagi to wymaga też od zarządzających, żeby zaufać pracownikom i tym osobom, które z zewnątrz przychodzą. Bo o ile pracownika się zna, to nagle jak się pojawia jakaś osoba z zewnątrz z pomysłem takim ekstrawaganckim, no to nie wiadomo czy to do końca ma sens. Czasem popłaca, czasem nie. Ale w tym przypadku się udaje.
Marcin Andrzejewski:
Odwagi. Z tym zostawmy naszych widzów. Bardzo ci serdecznie dziękuję za rozmowę i że mogliśmy z tobą porozmawiać, trochę twojej wiedzy uszkląć. No i że przyjęłaś nas w swoim mateczniku, w swojej sali, gdzie to się wszystko, przynajmniej część dzieje. Wielkie dzięki.