Obejrzyj na YouTube!
Posłuchaj podcastu:
Opis odcinka
W odcinku: Jak wygląda organizacja festiwalu teatru ulicznego i z jakimi wyzwaniami trzeba się mierzyć. Czym jest projekt Alchemia Teatralna i jak angażuje różne pokolenia. Współpraca instytucji kultury z lokalnymi partnerami i szkołami. Praktyczne aspekty produkcji dużych wydarzeń teatralnych – logistyka, technika, bezpieczeństwo. Jak teatr wpływa na społeczność i dlaczego warto go doświadczać niezależnie od wieku.
Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
Transkrypcja
Halina Szymańska:
Na przykład w jednym ze spektakli reżyser prowadzący wymyślił sobie, że świetnie byłoby, gdyby jedna osoba latała nad sceną. Ja bym, no cudnie, po prostu rewelacja, nie? Ja od razu mówię, nie ma takiej opcji. Ale potem myślę sobie, no nie no, może jest jakaś opcja, no bo też mi irytuje, jak ktoś mówi od razu nie, bo nie, bo nie.
Marcin Andrzejewski:
Nie, bo nie.
Halina Szymańska:
Nie, bo nie i dziękujemy. No to ja, ja tak myślę sobie, kurczę, no nie, no coś trzeba pomyśleć.
Marcin Andrzejewski:
Halina Szymańska i Świdnica. Dziękujemy za zaproszenie. Jesteśmy w klubie Bolko.
Halina Szymańska:
Dokładnie, w klubie Bolko, w którym kiedyś była restauracja.
Marcin Andrzejewski:
Była tu restauracja?
Halina Szymańska:
Przed wojną, tak.
Marcin Andrzejewski:
A, tego nie widzieliśmy, bo tu wszędzie sceny są.
Halina Szymańska:
Tak, tak. Tu była sala restauracyjna, taka duża.
Marcin Andrzejewski:
A teraz odbywają się kulturalne rzeczy.
Halina Szymańska:
A teraz, no, z jedzenia do kultury jest dosyć blisko. Ale tak, mamy ten budynek, No, trzydzieści lat. Trzydzieści chyba dwa lata. Znajduje się pod zarządem Świńskiego Środka Kultury. Ta klubolga.
Marcin Andrzejewski:
Jesteś odpowiedzialna za tą część teatralną. Największy ferment, czyli coś co jest chyba najbardziej artystycznym z artystycznych działań. z perspektywy przeciętnego Kowalskiego, bo teatr zawsze kojarzył się z kulturą. Teatr zawsze był takim synonimem działania, które ciągnęło widza za uszy w górę, a nie w dół. Teatr był zawsze takim miejscem, gdzie ja mam takie przynajmniej wrażenie, gdzie szło się po wyższą kulturę. Ale ty ten teatr chcesz sprowadzić właściwie
Halina Szymańska:
do Tak, ja teatr sprowadzam do ulicy, może tak dziwnie brzmi, ale w Świdnickim Ośrodku Kultury organizujemy festiwal Teatru Otwartego. Ja uwielbiam to wydarzenie. Jest ono dla mnie bardzo, bardzo ważne, ale też niezwykle barwne, niezwykle kolorowe. Oczywiście najbardziej irytującą sytuacją, która jest w tym wydarzeniu, to jest pogoda, bo nigdy nie wiadomo jaka będzie pogoda.
Marcin Andrzejewski:
W Polsce latem wiadomo.
Halina Szymańska:
W Polsce latem wiadomo, tak. Mi się to wiadomo, dwa razy pokazało, że musiałam na szybko przekładać festiwal do… Dwa przedstawienia musiałam przynosić do teatru. Ale jest coś magicznego w teatrze ulicznym. Już będąc na studiach dawno, dawno temu trafiłam na spektakle uliczne. Był taki czas, że w zasadzie każdy rok wakacje to spędzałam na festiwalu teatrów ulicznych. To Kraków, to Poznań. to Jelenia Góra, to Podkarpacie, w zależności gdzie odbywały się te festiwale, to tak sobie ustalaliśmy z mężem wakacje, żeby jechać na ten festiwal, no i żeby potem zobaczyć, kogo można by sprowadzić do Świdnicy, na nasz Festiwal Teatru Otwartego. Bo sam też wiesz, że przy organizacji festiwalu, no to trzeba, widz zwraca uwagę tylko i wyłącznie na sam spektakl, a organizator na to, Co trzeba zapewnić temu przedstawieniu, prawda? Poza oczywiście sferą niezwykle ważną, czyli samą prezentacją, co ten spektakl prezentuje, jakie emocje. No bo jednak teatr uliczny teraz częściej się pojawia słowa, ale kiedyś to był tylko ruch, muzyka. Zawsze patrzyłam, jakie są elementy dekoracji, do czego one będą wykorzystywane. Czasami mi się spektakle nie podobały, ale myślę sobie, przecież ja nie jestem jedyna, która nie robię tego dla siebie, tylko sprowadzamy spektakle dla ludzi i to, że coś mi się nie podoba, to nie znaczy, że komuś się też będzie nie podobało, tylko wręcz, wręcz odwrotnie. I zawsze było to dla mnie takie ciekawe i cały czas jest. Ja się zawsze jaram tym teatrem publicznym bardzo, ponieważ często jest też tak, że człowiek podchodzi, staje, I może odejść po 10 minutach, po 15. Ale często też bywa tak, bo festiwal u nas w Świdnicy trwa 3 dni. Piątek, sobota, niedziela. To jest po 4-5 spektakli jednego dnia. Dodatkowo taka strefa zabaw dla dzieci. W zasadzie jak zaczynamy o 16 to kończymy o 22-30. I czasami bywa tak, już teraz postrzegamy, że ludzie przychodzą z własnymi kocykami, tylko się przemieszczają, ponieważ mamy trzy takie strefy w rynku, gdzie te spektakle się odbywają. Czwarta to jest sala, znaczy ta przestrzeń dla dzieci do zabawy. Ludzie tylko ze swoimi krzesełkami, ze swoimi kocykami przemieszczają się, czyli już nie przychodzą tylko na jeden spektakl, tylko przychodzą w zasadzie na cały dzień. I dla mnie to też jest taka informacja niezwykle ważna, że ten wieczony spektakl o 21.30, który naprawdę ściąga bardzo dużo osób, muszę mieć świadomość, że on musi być spektaklem może nie familijnym, ale takim, żeby w zasadzie każdy mógł go obejrzeć. Bo nawet jak ja napiszę w programie, że to jest spektakl dla dorosłych, to na ulicy nie jestem w stanie absolutnie sprawdzić tego, czy też będą powiedzieć, proszę nie przyjść z dziećmi. No bo wiadomo, że ludzie sobie, niektórzy przyjeżdżają z Polski na ten festiwal, bo już gdzieś tam odwiedzają swoje rodziny i tak sobie też organizują ten czas wakacyjny. Także teatr uliczny ma coś magicznego w sobie, jak te gwiazdy zaświecą, włącza się światło sceniczne. Ci aktorzy nieczęsto wychodzą spośród gdzieś tam ludzi i tworzy się coś. Ja pamiętam pierwsze spektakle, gdzie ludzie oglądali, patrzyli tacy podejrzliwi, bo się bali dotyku. Bali się, że ktoś go poprosi na scenę, gdzieś tam na środku ulicy, bo chce, żeby sznurek przytrzymał, czy drabinę, czy coś. A teraz nie ma problemu w ogóle. Wszyscy, którzy do nas przyjeżdżają, te grupy teatralne są zachwycone atmosferą, są zachwycone właśnie tą reakcją publiczności. Także to też jest coś, co się buduje przez lata. Wydaje mi się, że czasami może ktoś powiedzie, że a tym roku był słabszy spektakl, czy słabszy festiwal, ale finalnie trzeba mieć jeden słabszy, żeby potem było na przykład 10 dobrych, prawda? Na tej zasadzie.
Marcin Andrzejewski:
Ale w ogóle wiesz, że wytransferowałaś mnie właśnie do dzieciństwa. Powiedziałeś, że jarasz się i ja mam pierwsze wspomnienie z obcowania ze sztuką, jako dziecko. Festiwal Artystycznych Działań Ulicznych Lastrada Kalisz. Ja pamiętam jako dziecko te wielkie konstrukcje, taką paradę tych teatrów, które szło przez całe miasto, nie przez całe, ale dla mnie z perspektywy kilkulatka, to to jest pierwsze świadome takie obcowanie ze sztuką, że ja zobaczyłem to, ja to poczułem i to przyszło. To było, bo ja na to nie poszedłem specjalnie wtedy. Gdzieś byłem i to trafiło na mnie. Więc jak to powiedziałaś to natychmiast Kalisz, La Strada, ulica Śródmiejska. Ja to będę pamiętał do końca życia. Więc ten aspekt teatru ulicznego to jest coś, co faktycznie Jest nie do przecenienia.
Halina Szymańska:
Ten teatr liczny ewoluuje, jeżeli chodzi o formę przedstawień. Nie mówię, że kiedyś stawiano wyłącznie na jakieś duże konstrukcje, czy też przekaz był mniejszy. Oczywiście przekaz był bardzo ważny, przy czym Elementy scenografii, tej dekoracji były, no one musiały wygrać wszystko. Teraz wprowadza się też słowo często, nagrane chociażby, że gdzieś tam jest jakaś już zapowiedź o czym, o czym to będzie. My w ramach festiwalu staramy się też, żeby było też coś takie, żeby był spektakl każdego dnia jakiś taki do przemyśleń. nie tylko wizerunkowo efektowne ze sztucznymi ogniami, prawda, no bo to ludzie lubią najbardziej, ale no jednak teatr musi pozostawiać ludzi z zapytaniem. No musi prowokować to myślenie po prostu. Nawet chociażby Nie wiem, najgłupsza rzecz, ale ona musi prowokować do myślenia i tak staramy się, tak ja też staram się organizować, przygotowywać, zapraszać takie teatry, które będą powodować, prowokować wręcz dyskusję. Zresztą tych teatrów takich, które chcą wchodzić w rozmowę, chcą wchodzić w dialog z publicznością jest coraz więcej. Jest coraz więcej naprawdę bardzo dobrych teatrów publicznych polskich, które mają naprawdę niezwykłe osiągnięcia i przekaz. Ja nie mówię, że tutaj mają być nie wiadomo jak polityczne przesłania, ale zazwyczaj są to przesłania społeczne. Takie historie, które w życiu się zawsze gdzieś tam znajdują i przesłanie dobra i zła, no klasyczne, które zawsze się przejawia i ono może mieć takie różne natężenia i takie różne barwy przecież. Przez lata sprowadzałam teatr z Ukrainy, ze Lwowa. Do Sklesjenia i z Kijowa taki jeden teatr też. Jak była, no stała wojna, no to Wiadomo, że nie było ich jednego roku, ale następnego roku, jak oni przyszli, to ludzie tak im bili brawo, no po prostu… A oni grali z takimi łzami w oczach. Nawet jak sama tu mówię, to się wzruszam. Ale to było dla nas wszystkich niezwykłe, przejmujące wręcz wydarzenie. No i oni tak już teraz już jeżdżą coraz bardziej. To był taki jeden rok, gdzie… No i sam fakt, że mężczyzn I kobiety grały role męskie przecież. W teatrze ulicznym jest jeszcze to, że aktor jest również pracownikiem technicznym. Tam nie ma za bardzo ekipy technicznej. Oczywiście jest, ale najlepiej wszyscy muszą się zmontować. Te spektakle uliczne często są bardzo duże. Bo to są takie formy, które się mieszczą na 25 metrów, to jest cała ulica. Czyli trzeba rozłożyć światło, trzeba rozstawić dekoracje, a potem to trzeba wszystko zdemontować. do pudełeczka w zasadzie, żeby ono, żeby ta scenografia się zmieściła do tego busa, czy też do tego samochodu transportowego, ponieważ rano wyjeżdżają już na kolejny, na kolejny festiwal. Także ten teatr też mnie nauczył, tak jak mówię o formie ulicznej, nauczył mnie też takiego takiego uporządkowania. Tam nie rzuci się gdzieś scenografii, czy gdzieś rekwizytów, czy gdzieś, nie wiem, kostiumu, bo potem kostium, jutro gra i on musi dobrze wyglądać, musi się dobrze prezentować. Tam jest taka dbałość o każdy element, tego stroju, czy mówię, czy dekoracji, naprawdę. A jak coś się zepsuje, no to jest jakby w założeniu trzy elementy w samochodzie, które jutro trzeba, trzeba wykorzystać, prawda? Bo, bo, ale mówię, on myślę, że no też tak, on nie nauczył takiej odpowiedzialności też chyba, ten teatr właśnie.
Marcin Andrzejewski:
Czy można by parafrazować słowa klasyka teatru mówić widzę otwarty?
Halina Szymańska:
No mój widzę i ogromny nawet bym powiedział. I ogromny także, bo przestrzeń.
Marcin Andrzejewski:
Ale wy w ogóle macie Świdnice jako miasto, bo my nie ukrywamy, jesteśmy tu pierwszy raz. Wczoraj żeśmy pozbawili sobie na trochę spaceru. To jest jedna wielka scena, tutaj wchodzimy, tu każdy zaułek, każda ulica, każdy plac, to jest takie miejsce, gdzie właściwie, jak powiedziałabyśmy, że tutaj spróbujmy coś zrealizować, to tak, nie? To tutaj entourage local jest.
Halina Szymańska:
Ja też jestem taka otwarta na wiele takich, ja nie kończę się zamykam w sali teatralnej, przecież ją uwielbiam, prawda, jako przestrzeń, ale im jest coś takiego dzikszego, czy park, czy czy ulica, no nie wiem, to mnie jakoś pociąga. Ja mam świadomość, że nie, na przykład jak przygotowuję grupy amatorskie w ramach projektu Alchemia Teatralna, my też staramy się chociaż jeden pokaz mieć na ulicy, w miarę możliwości. To nie jest wcale takie łatwe.
Marcin Andrzejewski:
To jest kosmicznie trudne umówić się.
Halina Szymańska:
Wystąpić na ulicy, no bo nikt nie wiesz, czy ten kto stoi jest dla ciebie przyjaciel, czy wróg, prawda? To tak najpierw jest rozmowa, tłumaczymy, żeby też mieć świadomość, żeby byli bezpieczni, żeby no nie denerwowali się. Zresztą zawsze ten też spektakl jest taki Ktoś mówi o prawdzie, o życiu, ruchowy głównie. Ale jest to, jest to pewna obawa. Jest to, jest to zawsze, zawsze pewna obawa, bo jednak teatry uliczne, tam występują profesjonaliści. Tam jest większość osób po szkołach teatralnych. To nie jest tak, że to są osoby, które nie wiem, w lecie się nudzę, to się zatrudnię. Na pewno takie też są, ale w większości w teatrach ulicznych w Polsce występują normalnie osoby, które skończą szkoły teatralne.
Marcin Andrzejewski:
No tak, przecież to są ogromne też wyzwania logistyczno-czasowe. Teatr Ósmego Dnia na przykład. To jest jak koncert grupy rockowej. Tam przyjeżdża kilka samochodów, to jest kilkanaście godzin, jeżeli nie dni rozkładania. Tam jest logistyka. To jest na takim poziomie jak normalny teatr.
Halina Szymańska:
Tak, dokładnie.
Marcin Andrzejewski:
Od strony też tej technicznej, no bo oczywiście aktorskiej, no to tak jak mówisz, to są osoby profesjonalne, nie można im zarzucić.
Halina Szymańska:
Nie, to wszystko jest profesjonalne. Ludziom się kojarzy… Kiedyś tak myślano, że teatr uliczny to taka…
Marcin Andrzejewski:
No kuglarz, kuglarz.
Halina Szymańska:
Tak, takie kuglarstwo. No kuglarstwo na pewno też jest, bo ono gdzieś tam funkcjonuje. Ale ja mówię właśnie o tych profesjonalnych teatrach. Ja też często mam ten problem przy organizacji, bo muszę wiedzieć, że ten spektakl na osobie się np. montuje 8 godzin. Już wiem, że na tej ścianie, gdzie się montuje spektakl nocny, to ja mogę dać tylko pikusiany spektakl, przepraszam, że tak mówię, czyli taka forma, nie wiem, klaun i taka klauna dla dzieci, prawda? gdzieś tam na końcu, no bo tutaj oni się montują, bo oni i wtedy też muszę pamiętać, że ile prądu zużyje, znaczy w sensie nie ile zużyje prądu, tylko, że jak oni sobie coś ustawiają, to wtedy muszą nic nie robić, nie mogą hałasować ani nic, no bo przez godzinę jest tam po tej samej stronie rynku po prostu inne, inne działanie. A często tak, te nocne spektakle to są godziny przygotowań, godziny i przyjeżdżają Właśnie dużymi, dużymi samochodami montują to wszystko, ustawiają. Potem światła się ustawia wieczorem. No ja mam ostatnio spokój w wyspie, 1.30. Okazuje się, że jeszcze nie ma takiej nocy.
Marcin Andrzejewski:
Za jasno.
Halina Szymańska:
Za jasno, bo na przykład był zbyt słoneczny dzień i niebo jest bezchmurne. Ja tu już się irytuję, bo już godzina taka. Ludzie… A ludzie?
Marcin Andrzejewski:
No tak.
Halina Szymańska:
Ludzie to jest po prostu ewenement. Zawsze się z tego śmiejemy. Bo ludzie po prostu przychodzą punktualnie. 5 minut przed spektaklem wszyscy już stoją. My wyciągamy takie ławeczki, mamy takie poduszki, mamy też takie maty do siedzenia, no a potem siedzą dorosi, bo te mniejsze rzeczy są dla dzieci i oni czekają. Oni czekają, my czasami, no czasami się opóźni, tam 5-10 minut to jest max, bo ja jednak proszę, żeby mimo wszystko, żebyśmy zaczęli. No bo to się potem wszystko dalej przesuwa. Ale to jest taka ciekawa forma. Ale też właśnie jak wspomniałaś o tych dużych samochodach. My też w Świdnicy, no nie tylko Teatr Uliczny, ale też oczywiście jak funkcjonowała Sala Teatralna, też zapraszaliśmy w ramach projektu Teatr na Czasie. Czas na Teatr, Teatr na Czasie, tak to się nazywało. Mieliśmy Teatr Narodowy z Krakowa, Teatr Polonia, Naprawdę, mieliśmy bardzo dobry polskie teatr i zaczynało się, no właśnie pamiętam, pierwszy spektakl z Teatru Narodowego, ze Starego Teatru Narodowego, trylogia w reżyserii Jana Klaty. To było przedsięwzięcie po prostu mega. naprawdę mega organizacyjne, ponieważ ja najpierw byłam na tej trylogii, zobaczyłam, jak ona wyglądała. Zresztą byłam kilka lat wcześniej, zanim w ogóle myślałam, że ta trylogia do nas przyjedzie. Musieliśmy cztery rzędy krzeseł zdemontować, no bo trzeba było przybliżyć przynajmniej ilość, znaczy wielkość sceny, która jest w Teatrze Narodowym w Krakowie. Potem się pojawiło, u nas jest największy problem, mam nadzieję, że po remoncie może nie będzie on taki, może go nie będzie, bo my nie mamy jako sala teatralna wejścia z tyłu sceny, ze scenografią. I niestety każdy element scenografii wcześniej jest mierzony przez, czy wejdzie nam przez jedne drzwi, czy przez drugie drzwi. To jest taki właśnie zawsze kłopot, żebyśmy się ze wszystkim tutaj poradzili. Światła, jakie my mamy, jakie trzeba dowieźć, jakie trzeba pożyczyć. Nagłośnienie, co my mamy, co oni mają przywieźć, co my mamy pożyczyć. Ekipa techniczna, bo we środku kultury nie ma brygadierów sceny, którzy są w teatrach, prawda? Czyli to musimy wszystko tak skorelować. żeby się to odbyło, ale właśnie pamiętam tą pierwszą trylogię, znaczy ten pierwszy spektakl trylogii, jak się oni dwa dni montowali pełne. My byśmy po remoncie podłogi, żeby tylko żadna dziura w podłodze nie powstała. żeby kulisa tam, coś tam, żeby to, coś tam. I tak trzeba było cały czas pilnować takiego bezpieczeństwa dla aktorów, bezpieczeństwa dla, dla nas, dla pracowników. Oczywiście wszystkie elementy dekoracji musiały mieć certyfikat, że gdyby nie daj Boże ogień, czy coś. Także no to takie duże było przedsięwzięcie organizacyjne dla nas, bardzo duże. Ale potem było kolejne się okazuje, że jako środowisko kultury spokojnie byliśmy w stanie i takie duże wydarzenia, naprawdę bardzo duże, zrealizować.
Marcin Andrzejewski:
Ale to dzięki temu, że ktoś musi nad tym panować i ktoś panuje, bo to jest tak, że ty jako taka osoba, która jest odpowiedzialna za organizację, musisz połączyć w jednym tyglu różne oczekiwania i różne potrzeby, bo cel wszyscy mają taki sam, co do tego nie ma jakby Każdy chce, żeby ten spektakl finalnie wybrzmiał i był najlepszy, jaki może być. Ten cel jest współspójny, ale potrzeby, drogi dojścia do tego celu są odmienne, bo zupełnie co innego potrzebuje artysta. występujący na scenie, a czym innym martwi się technik. A czym innym jeszcze osoba administrująca obiektem w tym przypadku. To są czasami wręcz można by powiedzieć, że rozbieżne interesy.
Halina Szymańska:
No my często przed organizacją takich dużych wydarzeń, zresztą przed organizacją spektakli ulicznych, to też ja robię, zapraszam grupę techniczną po prostu. Albo jest jakiś… Wizja lokalna. Tak, musi być wizja lokalna, obowiązkowo. Ponieważ to nie wszystko da się wysłać w dokumentach, prawda? Rzuty, sceny, oświetlenie, no mówię zmierzone drzwi, schodów tyle, wejście takie szerokie, wąskie, garderoby. To nie wszystko można za pośrednictwem maila, czy nawet po prostu Zooma załatwić. Wizja lokalna jest po prostu obowiązkowa. W przypadku festiwalu Teatru Otwartego, chodziliście wczoraj po rynku, na pewno na to nie zwróciliście uwagę. Nasz bruk jest bardzo nierówny. Zwróciliście uwagę. I to jest bardzo ważna sytuacja dla np. dużych konstrukcji. Koła muszą być duże, na których ta konstrukcja się przemieszcza. Muszą być też odpowiednio zamartyzowane. Także to są takie rzeczy, na które podczas organizacji się po prostu zwraca uwaga. Poza tym nie może być jakiejś tam linii napięcia wysokiego gdzieś w pobliżu, Jakiś fajerwerk lecąc coś tam nie zrobił, prawda? Także jest dużo takich rzeczy, o których my też się jakby uczymy, no bo to nie jest powiedziane, że my wszystko umiemy i potrafimy. Tylko, że w trakcie organizacji się zorientujemy. Czy na przykład hotel, żeby był blisko. Parking też ma być blisko, wszystko ma być blisko, a my jesteśmy w samym centrum.
Marcin Andrzejewski:
No i to nie jest parking dla
Halina Szymańska:
samochodów, tylko dla rutinów. Tak, blisko my nie mamy takiego parkingu, w związku z tym, oczywiście zawsze się nam udaje wszystko załatwić, tylko musimy trochę pogłówkować, a czasami już mamy takie utarte schematy, bo wiemy, a ci mają dużą wiatę, albo ci mają tutaj zaraz coś tam, to ich poprosimy. Także staramy się po prostu, tak jak zresztą rozmawialiśmy wcześniej, my bardzo dużo współpracujemy z instytutami w Świdnicy, Bo uważamy, że po prostu współpraca jest najważniejsza jak komunikacja. Jak między sobą się komunikujemy i dogadujemy i prosimy o pomoc, bardzo często, w zasadzie zawsze, taką pomoc też otrzymujemy. Także to też jest dla nas takie ważne. To jest mega ważne mieć taką.
Marcin Andrzejewski:
Przy takiej skali, jeżeli to jest już działanie, które odbija się echem w całym mieście, także właśnie logistycznym takim, no to Instytucja Kultury sama w sobie nie da rady. Znaczy musi mieć partnerów, nie musi mieć dialog po drugiej stronie.
Halina Szymańska:
No musi mieć. Teraz na przykład jak jesteśmy przez rok w remoncie, znaczy no nie przez rok, to jesteśmy od czerwca w remoncie, jako Świńskie Szyty Kultury. Mamy więcej chyba wydarzeń niż mieliśmy, może nie więcej, tylko że mamy dużo chodzenia, to prawda. My jako, ja też prowadzę taki projekt Alchemia Teatralna. Jego głównym działaniem jest właśnie realizacja różnego rodzaju form teatralnych. Od warsztatów, które kończą się pokazami, przez lekcje o teatrze, wykłady o tematyce teatralnej, spotkanie z aktorami, konkurs na sztukę teatralną. Ten projekt prowadzę od 2010 roku w Świńskim Instytut Kultury, ale właśnie tak chciałam powiedzieć o tym partnerstwie. ponieważ mamy grupę dorosłych i grupę młodzieży, no i też mamy grupę seniorów. Grupa młodzieży to są uczniowie szkół, teraz uczniowie szkół licealnych. W związku z tym, że aktualnie jesteśmy w remoncie, to my prezentujemy spektakle przygotowane przez tą młodzież w szkole, w szkołach. Byliśmy w I liceum, byliśmy w III liceum, A znowu mamy też tą przyjemność, że w naszej grupie dorosłych, Alchemii Teatralnej, mamy dyrektorów i nauczycieli ze szkół. Właśnie z pierwszego liceum, z drugiego liceum, z trzeciego liceum, zespołu szkół budowlano-elektrycznych w Świdnicy. To są takie miejsca, gdzie my jak np. potrzebujemy przestrzeni, to oni nam chętnie urzeczają. Czy na warsztaty, no a potem np. na Ostatni spektakl, który zrobiliśmy taki chodzony, to był właśnie w sali gimnastycznej pierwszego liceum ogólnokształcącego. I to w niedzielę udało się otworzyć szkołę. Także dzięki właśnie tej współpracy, tym dobrym takim praktykom, naszym dobrym doświadczeniem z tymi szkołami, mamy też tą przestrzeń, że możemy po prostu wspólnie coś tam, znaczy wspólnie dużo, bardzo dużo dobrego zrobić.
Marcin Andrzejewski:
Młodzież też uczestniczy? Ta młodzież z tych szkół?
Halina Szymańska:
Tak, oczywiście. To jest cała historia, że ta młodzież uczestniczy w naszych działaniach. Teraz mamy z sześciu szkoł młodzież. no się śmiejemy wszyscy, że gdzie teraz pójdziemy? Ja bym, no to mam jeszcze kilka szkół, w których nie byliśmy, także jesteśmy tam. Oczywiście ci dyrektorzy też żartują, że oczywiście są otwarci na współpracę. To też się wiąże z tym, że tamtedy mamy warsztaty, potem przygotowujemy spektakl, czyli musimy przywieźć sobie nagłośnienie, oświetlenie, sprawdzić z dostępnością jak jest, no bo zazwyczaj te przestrzenie nie są, szkoły w Polsce nie są dostępne dla osób z niepełnosprawnościami. Także to też musimy wszystko tak sobie w głowie poukładać, żeby było dobrze. Ale dzięki właśnie tej współpracy mamy możliwość dalej funkcjonować.
Marcin Andrzejewski:
Tutaj Ci się trochę przydaje doświadczenie z tego teatru otwartego, bo to też jest przestrzeń, którą trzeba zaaranżować technicznie.
Halina Szymańska:
Tak, tak.
Marcin Andrzejewski:
Z początku do końca, no bo generalnie sala gimnastyczna jest mało przystosowana do… Tak,
Halina Szymańska:
ale był spektakl o WF-ie. Na pierwszej WF. Taki był tytuł.
Marcin Andrzejewski:
I ona się tam odnalazła. Miałem WF na pierwszej, tak. Wiem co to znaczy.
Halina Szymańska:
My ten spektakl adaptowaliśmy, znaczy adaptowaliśmy w sensie otrzymaliśmy prawa od takiej młodej dramaturszki. I na bazie tego właśnie zrobiliśmy przedstawienie z młodzieżą o lekcji WUF-u, ale też o tym, jakie są problemy w ciele, jakie są konflikty na WUF-ie na przykład. Kiedyś się śmiałam, że spektakle chemiteatralne mają nas cieszyć, zabawiać. nie będą, nie będą profilaktyczne, nie będą patriotyczne, no ale z biegiem czasu i z biegiem jakby trwania tego projektu okazuje się, że są tematy, które młodzież chce poruszać, bo też oni wychodzą z tymi tematami, że chcieliby, na przykład po pandemii chciałam, żeby to, żeby nie wiem, mówię, zróbmy kabaret, zróbmy coś wesołego, a oni wybrali spektakl w oparciu o tekst Tomasza Mana, bardzo taki Przygnębiający. O tym jak rodzina nie może ze sobą się dogadać, jak jest popełniany morderstwo. No fatalny spektakl po prostu. W sensie tytuł sztuki. W sensie kurde, no nie po pandemii, no weźmy coś lepszego, zróbmy. W sensie tak, a oni chcieli te swoje złe emocje, które przez ten czas gdzieś tam się nagromadziły. po prostu pokazać to w formie przedstawienia. I spektakl był świetny. Myśmy go grali potem 4 czy 5 razy dla młodzieży. Ponieważ tam też opowiadaliśmy o tych telefonach zaufania, gdzie należy się zgłosić, jak są problemy. Okazało się, że to był mega spektakl profilaktyczny. Myśmy nie czuli, ale finalnie okazało się, że dla każdego, kto brał w tym udział, czy występując na scenie, czy jako organizacyjnie, był to jakaś taka forma faktyczna. Może nie, nie katarzizm, ale jakiegoś takiego oczyszczenia z tej sytuacji zamknięcia w domu. O tak bym, tak bym to skróciła chyba tą wypowiedź.
Marcin Andrzejewski:
Ale to jest coś, do czego bardzo wiele instytucji dąży i nie zawsze dochodzi, czyli wytworzenie dzieła, które jest ważne dla publiczności, a nie tylko dla artysty. Bo to bardzo często jest tak, że się artysta zamyka w swoich ramach i mówi, że on wie lepiej, bo wie, bo to jest jego dzieło, wiadomo. Ale nieraz posłuchanie publiczności daje efekty, tak jak mówisz, no nieoczywiste. Nie planowaliście tego w tym cyklu, ale był ważne. No i ta ważność jest ponad założeniem.
Halina Szymańska:
U nas jest, my bardzo dużo rozmawiamy z młodzieżą i czy z dorosłymi przy przygotowywaniu przedstawienia, czy jakiegoś pokazu. Nigdy nie ma tak, że przychodzimy, mówimy, a teraz będziemy robić to i to. Bo nawet jeżeli mamy z tyłu głowy, że chcemy zrobić to i to, z instruktorami rozmawiamy, że może zrobimy to i to, Każda, to jest duża dyskusja. Nawet jak np. nie wiem, przygotowujemy jakąś klasykę, to też rozmawiamy. My się śmiejemy, że u nas jest język polski i poruszamy, no bo jeżeli mówimy o jakichś, nie wiem, dziełach Wyspiańskiego, chcemy coś zrobić, no to musimy porozmawiać na temat tej postaci, prawda? Jeżeli mówimy o jakichś problemach, no to też rozmawiamy. W tym roku też np. mieliśmy warsztaty z psychologiem, no bo doszliśmy do wniosku, że jednak Trzeba jeszcze to przepracować w ten sposób, prawda? Także u nas dialog jest niezwykle ważny. Zresztą my próby, u nas warsztaty nie zaczynają się na tej zasadzie, że proszę bardzo, 12 zapraszam na salę, przychodzi prowadzący, zaczynamy. Nie, u nas zaczyna się od herbaty. Trochę pogadamy sobie, warsztaty oczywiście trwają 3-4 godziny, no bo musi być ten czas, żeby porozmawiać, a co tam w szkole, czy macie jakieś zajęcia, czy nie wiem, macie jakieś klasówki, bo to też muszę brać pod uwagę, jak ustalam termin pokazu, muszę wiedzieć przecież, jak młodzież, czy dorośli są zaangażowani w swoich, no to każdy terminarz, ja to wysyłam im, planuje Warszawy wtedy, wtedy, wtedy, wtedy. No to oni mi mówią wtedy ja nie mogę, wtedy. I nie ma tak, musimy się dopasować. Oni muszą troszeczkę czasami z czegoś zrezygnować. Ja też biorę bardzo czynnie pod uwagę to, że muszę coś tak pracować, żeby było, żeby wszystkim nam pasowało. No a potem rozmawiamy, co chcielibyśmy uzyskać. No bo widz przychodzi na spektakl. No i tak jak mówię, widz jest bardzo ważny w każdym spektaklu. aktor niezwykle też, ale aktorzy też się cieszą, jeżeli wiedzą, że widzę, rozumie ich przedstawienie, czy też przesłanie, prawda? Także no nie, no u nas zawsze jest tak, że my bardzo dużo rozmawiamy, no bardzo, bardzo dużo. Wszelkie, wszelkie jakieś wątpliwości, jak ktoś ma, to, to zaraz jest, zaraz jest rozmowa.
Marcin Andrzejewski:
Ty jednak musisz zarządzać dwoma stronami, nie chcę użyć słowa konfliktu, ale jednak trochę dwoma perspektywami, bo z jednej strony przychodzi młodzież, dla której jest ważny jakiś aspekt i ona chce o nim rozmawiać i chce za pomocą sztuki teatralnej i narzędzi teatralnych z nim obcować albo sobie z nim poradzić, a z drugiej strony ty masz wymogi techniczne, masz wymogi BHP, masz wymogi prawne, wiesz co możesz, masz budżet. To są dwie różne rzeczy i ja sobie jestem w stanie wyobrazić też, że czasami trzeba powiedzieć nie albo być asertywnym. Jak sobie z tym radzić? No bo po drugiej stronie masz te osoby, które przychodzą do ciebie z sercem na dłoni.
Halina Szymańska:
ale ja też biorę udział w tych wydarzeniach czynnie, bo ja też występuję. Także mam świadomość, zawsze patrzę przez, no, przez dwie kalki patrzę po prostu. Ale na przykład w jednym ze spektakli reżyser prowadzący wymyślił sobie, że świetnie byłoby, gdyby jedna osoba latała nad sceną. Ja mówię, no cudnie, po prostu rewelacja, nie? Ja od razu mówię, nie ma takiej opcji. Ale potem myślę sobie, no nie no, może jest jakaś opcja, no bo też mi irytuje, jak ktoś mówi od razu nie, bo nie, bo nie. Nie, bo nie i dziękujemy. No to ja, ja tak myślę sobie, kurczę, no nie, no coś trzeba pomyśleć. No ale z tym się generowały koszty, bo trzeba było klub wysokogórski zatrudnić, który od okna scenicznego tą linę asekuracyjną przez taką rampę z góry. Tam na górze byli ludzie, którzy podwieszali tą osobę, bo faktycznie ona wisiała na spektaklu i unosiła się w powietrzu. No ale właśnie to są te, no ja wiem, znajomości to złe słowo, ale osoba, która miała wisieć, tak chciała wisieć, bardzo. Ja mówię, no to jak ty chcesz Romku wisieć, to proszę pomyśl, jak możesz mi pomóc, żebyś ty faktycznie zawisł w tym spektaklu, żebyś pofrunął, bo to zawisł to złe słowo, ale żebyś pofrunął. No i on mówi, wiesz co, on jest księdzem, z nami grał ksiądz w spektaklu przez lata. Wiesz, ja mam takiego znajomego, który ma ten klub, ja z nim porozmawiam. No i ten znajomy przyszedł, mówi tak, panie Halino, ja chodzę na wszystkie wasze spektakle, oczywiście, że pomożemy. No i przez sześć razy przychodzili z tym klubem, się montowali tam z tą liną, żeby on mógł pofrunąć To nawet nie była scena finałowa tego wydarzenia. Ale nie miał żadnego kaskadera, bo potem, teraz sobie przypomniałam, że jeden ze spektakli teatru Polonia, tytułu teraz nie pamiętam, ale ze szturem w broni głównej, on też latał na koniec spektaklu, świętej pamięci już. Pan Jerzy Sztur, ale on miał kaskadera. Kaskader najpierw przyszedł, przyjechała firma, sprawdziła, czy pan Jerzy wytrzyma, czy będzie wszystko w porządku. No tak, że da się zrobić. Może nie, że wszystko się da zrobić, ale można próbować, tak bym powiedziała. Można próbować. Ja to zawsze z przyjemnością opowiadam historię o kozie. I tu też się chętnie podzielę historią Kozy, ponieważ w jednym, jak zaczynał być program Teatr Polska, dawno temu wchodził i dostaliśmy takie zaproszenie z jednego z teatrów, z Warszawy, to była grupa, która powstała tylko i wyłącznie na podstawie tego, na potrzeby tego teatru, tego programu Teatr Polska, z bardzo dobrymi aktorami, z pierwszych stron gazet, Spektakl Wyspiańskiego, no i tam potrzebowali kozę. No i super, bo kozę trzeba, była postępowania organizatora do załatwienia.
Marcin Andrzejewski:
Że koza była w rajderze.
Halina Szymańska:
Tak, koza była w rajderze. Teatr Polska, to pewnie sami wiecie jak to jest, że teatr przyjeżdża z produktem, instytucja w zasadzie nie ponosi kosztów, a jeżeli ponosi to może je zbiletować, bilety tam musiały być po 10 zł, bardzo dostępne, żeby to się zbilansowało na zero. No ale koza była po prostu. Ja pomyślałam, no co to koza na kozy, no tam się dogadałam gdzieś, że jest gdzieś tam koza. W ogóle nie miałam świadomości tego zwierzęcia. Pojechaliśmy z mężem do takiej, do Strzelc Świdnicki, nieopodal właśnie Świdnicy. I mówię do tej kobiety, że ona tak, tak mi koleżanka powiedziała, że pani potrzebuje kozy, ja mam taką. No to trzeba by ją przewieźć. Myśmy mieli z mężem wtedy Mitsubishi Space Star. Myślałam sobie, chyba się zmieści do tego samochodu. Mój mąż mówi tak. Ona się to nie zmieścia. Ja co, jakąś ją wepchniemy. W ogóle zero, zero po prostu jakiegoś umysłu.
Marcin Andrzejewski:
Zadanie jest do zrobienia, zadanie.
Halina Szymańska:
No jest, trzeba przewieźć kozę i tyle. No ale kobieta jak się dowiedziała, że do teatru koza, to już zaczęła negocjować kwotę wypożyczenia kozy. I myślę sobie, kurcze, no przecież jak dołożę do tego transportu, to się okaże, że najdroższą pozycją w tym preliminarzu to będzie koza. No i mówię, no niestety stąd je nie wezmę, ale tak rozmawiający między ludźmi, że potrzebuję tej kozy, potrzebuję tej kozy, a bilety się wszystkie rozeszły na spektakl, ale kozy nie było cały czas. Dzwonią do mnie tacy znajomi i mówią, słuchaj, my mamy takich znajomych, którzy mają pod Świdnicą, no mają kozy, hodują kozy, mają mleko, sery, robią z tych koz i oni chętnie tą kozę wam użyczą, bo chcą obejrzeć przedstawienie, a nie mają możliwości, bo już nie ma biletów. I oni nam użyczą tą kozę za po prostu, za przyjście na spektakl. Ja mówię, o to rewelacyjnie. Także koza po prostu nie miałam świadomości, że się tak zdenerwuje, że przez miesiąc potem nie dawała w ogóle mleka. Koza niezwykle okazuje się zwierzęciem no takim emocjonalnym. Nie miałam świadomości, że koza ma bardzo duży pęcherz.
Marcin Andrzejewski:
Długo trzyma, ale też ma duży pręż.
Halina Szymańska:
No i to tak właśnie dobrze to się wydarzyło przed spektaklem, a nie w trakcie. Koza nie chciała w ogóle po schodach wchodzić. Do windy nie wsiadła. Za jabłkę ją prowadziliśmy. No po prostu jak sobie przypomnę tej kozi to jest po prostu historia z kosmosu. Oczywiście też psy występowały. No to jakby potem kolejne zwierzęta to nie było aż w ogóle żadne zadziwienia. No po koziach już nic nie było. Ale ta koza to po prostu… Także zawsze opowiadam, jak jest jakaś taka sytuacja, jak teraz właśnie ta koza taka fajna i wszyscy się śmieją, że udało się z kozą. A jak się udało z kozą, to w zasadzie już chyba wszystko się uda.
Marcin Andrzejewski:
Tak, to teatr ma wiele twarzy, jak widać, bo to przy okazji alchemii.
Halina Szymańska:
Nie, koza była akurat w ramach tego programu Teatr Polska. Teatr Polska, tak. Nie, no w przypadku alchemii to zwierząt, zwierząta się nie prezentowały na scenie, chociaż każdy by chciał, żeby jakieś było zwierzę, ale nie. Natomiast w przypadku alchemii często się prezentują grupy wielopokoleniowe, czyli mamy dorosłych, mamy też dzieci, także musimy to też tak zawsze wypośrodkować, żeby dziecko tam nie usnęło w czasie, prawda, a było też tak, że dziecko znało cały tekst na pamięć, a aktorzy niekoniecznie. Siedziało tułem do widowni i mówiło po prostu wszystko tak i ci aktorzy z chust. Jak to się mówi, a teraz i tak się śmiałam, że pomagała, pomagała bardzo.
Marcin Andrzejewski:
Bo Alchemia to już jest projekt, który jak powiedziałaś wiele lat trwa i działa. On na pewno ewoluował, ale musicie na czymś bazować.
Halina Szymańska:
My znajdujemy się, znaczy teraz znajdujemy się w Klubie Bolko, ale siedzibą naszą jest Świńskie Środokultury, budynek, który znajduje się w Rynku. I tam dawno temu był teatr. My mamy salę teatralną, która została zbudowana w 1820 roku. Zbudowali ją oczywiście Niemcy. Miała najpierw 500 miejsc. Tam były głównie spektakle takie wodewilowe, ale potem z czasem coraz bardziej był ten teatr. Natomiast w Polsce, zaraz po wojnie, ten teatr był już polski. 5 do 52 roku. To był teatr profesjonalny, który funkcjonował właśnie, oni mieli zgodę Ministerstwa Kultury, wszystkie dokumenty, które pozwalały na to, że był to teatr profesjonalny. Tak na dobrą sprawę ten teatr był tylko przez te 7 lat i potem nigdy więcej teatrów w Świdnicy o takiej formie nie było. Natomiast gdybyście się przeszli, zapytali się, gdzie jest teatr, wszyscy wam pokażą. Wszyscy. I wydaje mi się, że to jest takie zakażenie w tych świdniczanach, że właśnie ten teatr był. Teatr wskazywał tą drogę tym pierwszym ludziom, którzy przyszli do Świdnicy mieszkać. My czerpaliśmy bardzo mocno z tego teatru. Na początku mieliśmy taki pryk edukacji teatralnej, tak on się nazywał, też był w Warszawie, kończył się pokazami. Natomiast od 2010 roku jest alchemia teatralna. No mamy już swoich wychowanków, to tak można powiedzieć. Mamy osoby, które są reżyserami teatralnymi. Mamy osoby, które są, które są dramatopisarzami, tak mówiąc. Mam osoby, które skończyły szkoły teatralne. I to, co jest piękne w tym projekcie, to jest to, że one do nas wracają. Teraz jakby mamy taką wymianę pokoleniową. Te osoby, które rozpoczynały prowadzenie warsztatów, czyli aktorzy wywodzący się ze Świdnicy. Mamy takich na plejadę, ale dwóch, którzy z nami głównie współpracują, to jest Julek Krząstowski, który zresztą był przez wiele lat razem ze mną koordynatorem tego projektu. On jest aktorem Teatru Starego w Krakowie. i Oskar Chamerski, aktor Teatru Narodowego w Warszawie. To jest taka dwójka, która z nami od lat współpracuje. Ale tak jak mówię, mamy już tych młodych ludzi, którzy nie, że ich wypierają, absolutnie nie, tylko wzajemnie się uzupełniają i też dla młodzieży biorącej udział w tym projekcie, no bo jednak co rok mamy nowy nabór. To się cały czas tak, niektórzy zostają z nami dwa lata, niektórzy zostają trzy lata, no ale oni się zmieniają, prawda? I to jest też fajne, bo oni widzą, No tak, nie o to chodzi żeby po tym projekcie być aktorem i gdzieś tam występować na scenach, ale przede wszystkim żeby mieć świadomość kultury, żeby uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych, żeby brać udział, jeździć oglądać przedstawienia, koncerty, żeby być po prostu osobą świadomą w kulturze. Żeby nie mówić ani mi się to nie podoba, ale ja nie wiem dlaczego, bo tego nie widziałam. Jeżeli chcę dyskutować, to muszę mieć po prostu wiedzę na ten temat, żeby móc rozmawiać. Także tego też uczy ten projekt. A przede wszystkim uczy komunikacji. No mówię, bo to jest wielopokoleniowe, czyli trzeba porozumieć się z osobą starszą i młodszą. uczy odpowiedzialności, integracji, uczy też takiej, pewności siebie to nie, ale takiej odpowiedzialności za drugą osobę, takiej uważności, bo przecież jest to grupa, to nie jest monodram, że występuje jedna osoba. Następnie jest czasami piętnaście, ostatnio mieliśmy trzydzieści osób, bo tyle jest w projekcie, trzydzieści, dwadzieścia, no i oni wszyscy chcą wziąć udział w spektaklu. Sam jesteś, interesujesz się teatrem, wiesz jak to jest, że trudno zaangażować 30 osób do jednego przedstawienia. A każdy chce chociaż, że tak, no coś zrobić. Czyli to trzeba naprawdę dużo pracy, żeby, żeby każdy czuł się zauważony, żeby miał te swoje 5 minut i był szczęśliwy na scenie. No bo jeżeli on jest radosny, tą radość przekazuje publiczności i ona wraca naturalnie, po prostu.
Marcin Andrzejewski:
Jedna z lepszych definicji teatru, jaką usłyszałam.
Halina Szymańska:
Tak? No to się cieszę.
Marcin Andrzejewski:
To teraz ja. Spięć się w kratani. Halina, bardzo ci dziękuję za to, że z nami porozmawiałaś, ale chyba bardziej dziękuję ci za to, co robisz tutaj, bo to jest ten teatr, który ja bym chciał mieć dookoła. Jak nie ma wielkiego teatru profesjonalnego, to jest teatr w mieście cały czas.
Halina Szymańska:
No tu jest teatr w mieście. Ja myślę, że no teatr powoduje coś takiego dobrego. No nie wiem, ja mam zawsze takie bardzo dobre emocje jak myślę o teatrze. Jak ty powiedziałeś, że się tak jako dziecko, ja moją córkę zabrałam jak miała jeden rok na spektakl teatru licznego, teatru Teraz sobie nie przypomnę nazwy, ale i ona przez 50 minut siedziała w tym wózku po prostu jak zahipnotyzowana, zahipnotyzowana. I jak ja widzę jak te dzieci potem, bo ja, no ja trochę pracuję w Ośrodku Kultury, no to już jest tam ponad 3 dekady i widzę tą zmianę pokoleniową. Ja też organizuję przedstawienia dla dzieci. Także widzę jak najpierw przychodzą babci, a potem te dzieci naturalnie już przychodzą ze swoimi dziećmi. Także to teatr powoduje naprawdę bardzo pozytywne emocje. I oczywiście kino jest niezwykle ważne, ale teatr dla mnie jest ważniejszy.
Marcin Andrzejewski:
Tego się trzymajmy.
Halina Szymańska:
No i oczywiście. Dziękujemy bardzo.