Obejrzyj na YouTube!
Posłuchaj podcastu:
Opis odcinka
Poznaj kulisy Dorożkarni i działalności teatralnej prowadzonej przez Dariusza Sikorskiego. Krótka rozmowa pokazuje jak niewielka instytucja kultury może mieć ogromny wpływ na lokalną społeczność. Historia powstania i rozwoju Dorożkarni Rola teatru tańca, wokalu i pracy zespołowej Jak niewielka sala nie ogranicza możliwości twórczych Proces tworzenia spektaklu w warunkach amatorskich Znaczenie bliskości i atmosfery w pracy z młodymi pasjonatami teatru
Sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
relacje.video AI Network
Wieloinstytucjonalna Platforma Kompetencji Kultury
Transkrypcja
Dariusz Sikorski:
Ja zawsze przekonuję ludzi, że to wszystkiego, czego się uczymy, macając i dotykając teraz teatru, zostaje Wam na życie. To jest bardzo przydatne w rozmowie o pracę, w porozmawianiu z partnerem. My jesteśmy trochę od tego, żeby przy tej pasji utrzymać, żeby ją podgrzewać, podrajcowywać, żeby cały czas mieli z tego fun. żeby mogli mówić o tym, o czym chcą opowiadać i co ich naprawdę interesuje.
Marcin Andrzejewski:
Dariusz Sikorski, reżyser teatr w jednej osobie. Jesteśmy tutaj w doroszkarni u Ciebie. Dziękujemy bardzo za gościnę. Słyszałem w kuluarach, że jesteś w doroszkarni dłużej niż sama doroszkarnia trwa.
Dariusz Sikorski:
Trochę tak. To już prawie 30 lat. Doroszkarnia w zeszłym roku skończyła 25. W tym miejscu, ale wcześniej działaliśmy w starej doroszkarni, taki od tych 25 lat w tym miejscu specyficznym bardzo. Działam, robię teatr, teatr tańca. I różne wydarzenia około teatralne, które wymagają trochę pomysłu, trochę nadzoru reżyserskiego, trochę świadomości tego, który stoi po drugiej stronie naprzeciwko widza, czyli aktora. No i też trochę technicznie, bo to jest trochę inaczej niż w teatrze zawodowym. Nie mamy tutaj ekipy stolarskiej, nie mamy pionu scenograficznego. Jak już ktoś coś zaczyna działać, to jest trochę sobie sam sterem, okrętem, żeglarzem. Bierze kogoś do współpracy czasem, jeżeli potrzebne mu jest, nie wiem, wideo, czy plakat, scenografia, oczywiście później promocja i takie rzeczy. Ale od początku to jest działanie przede wszystkim samemu, no i zależy od tego, jaka to jest grupa. Często to jest działanie razem z zespołem też.
Marcin Andrzejewski:
Czy ja dobrze rozumiem, że instytucja wyrosła z teatru? Z teatru jako zajęcia właściwie, nie miejsca.
Dariusz Sikorski:
Instytucja wyrosła trochę, to pewnie więcej opowie pani dyrektor Anna Michalak-Pawłowska, bo ona tutaj to miejsce trochę stworzyła, ale wcześniej stworzyła Teatr Muzyczny Pantera, który działał w Starej Dorożkarni i wcześniej, jeszcze dużo wcześniej w innych miejscach na terenie Warszawy. Ale to był teatr dziecięcy, teatr musicalowy, czyli śpiew, teatr, taniec to było to, z czego to miejsce powstało i w dużej mierze Nadal tak jest, trochę na tym stoi, na tańcu, na teatrze. Musicali może już nie robimy, ale wokal nadal dobrze się tutaj trzyma, taniec też. Teatr, wiadomo, jest zawsze, bo jest i w teatrze tańca, i w koncertach wokalnych, więc tak, tak.
Marcin Andrzejewski:
Powiedziałeś, że już nie robicie musicali. Robiliście musicale?
Dariusz Sikorski:
Tak, Pantera to był zespół musicalowy i na początku było dużo takich nawet specjalnie pisane na zamówienie dla nas musicalowe spektakle dotyczące ekologii, dotyczące świata cyber w tamtym czasie. Więc też jakby te musicale były dostosowane do tego, czym interesowała się młodzież, jaki był wtedy świat, to tak się posuwało. Pantera w pewnym momencie przestała działać, tak właśnie na granicy starej i nowej doroszkarni, ale powstały kolejne teatry, które już tutaj sobie Działały w tym miejscu i niektóre działają 15-20 lat już w tym miejscu.
Marcin Andrzejewski:
Przeszedłeś taką drogę od teatru bezdomnego?
Dariusz Sikorski:
Trochę tak, bo jeździłem jeszcze na zajęcia panterowe, czasem gdzieś w jakiejś sali gimnastycznej w szkole, czasem w jakimś domu kultury, gdzie byliśmy przyklejeni trochę jako teatr nieinstytucjonalny. Trochę się w różnych miejscach te zajęcia odbywały na terenie całej Warszawy. No a później tu na wsi Siekierki, bo wtedy prawie 30 lat temu to tu była naprawdę wieś, dojeżdżał jeden autobus. I tutaj w starym budynku ogrzewanym jeszcze piecem na koks, ale w autentycznym garażu dorożek warszawskich, dlatego się nazywamy Dorożkarnia, bo to był garaż, gdzie stały trzy warszawskie dorożki. Ten budynek został Panterze oddany i tam działaliśmy przez około 3 lat, a w międzyczasie zaczął powstawać ten budynek. który też już po 25 latach jest takim małym domem kultury, z niewielką salą, z niewielkimi przestrzeniami w porównaniu z tym, co się buduje teraz. Ale jest za to fajna domowa atmosfera, mamy własny parking, własne podwórko, własny ogród, więc są też bardzo dużo plusów tego, że jesteśmy w tym miejscu, z bardzo dużą już teraz lokalną społecznością, Bo jak my zaczynaliśmy tutaj, to tu na Siekierkach mieszkało około 4-5 tysięcy osób, a teraz mamy ponad 40 tysięcy osób. więc to urosło straszliwie, a gabarytowo doróżkarnia jest taka sama od 25 lat. Ale dajemy radę.
Marcin Andrzejewski:
To mi bardzo przypomina początki teatru w ogóle w Polsce, bo ja pochodzę z Kalisza.
Dariusz Sikorski:
Jaskutna.
Marcin Andrzejewski:
Teatr imienia Bogusławskiego. Podobno pierwszy budynek teatralny w Polsce, ale on też do Kalisza przybył. z trupą, która tego miejsca nie miała. Tam dopiero się osadził. Teraz jest bodajże trzecia lokalizacja, ten budynek, który jest teraz. Więc jak słucham twoją historię, czy historię Pantery, czy historię, którą żeście w ogóle przeszli, to to jest jak historia teatru w pigułce.
Dariusz Sikorski:
No tak, tak, tak, bo to się tak rozwijało, rozrastało się, mimo że budynek został ten sam, to się jednak rozrastało, dochodziły zajęcia, dochodziły projekty, później projekty europejskie, później już musieliśmy z niektórymi spektaklami wychodzić gdzieś poza, oprócz tego, że też były wyjazdy i warsztaty, i wakacyjne, i zimowe, to musieliśmy niektóre premiery czasem przenosić do wynajmować scenę teatralną albo w partnerstwie z kimś robić duży konkurs taneczny czy spektakl. Ostatnio właśnie z Teatrem Tańca test muśnięcia robiliśmy w Teatrze Studio. Premierę. Teraz gramy tutaj, ale na premierę, kiedy ten pierwszy jest takie duże uderzenie publiczności zrobiliśmy, no i trochę dla rangi, dla podniesienia też tego i z okazji tego, że mamy 25 lat, a teatr Tańca Test jest 20 lat już tutaj istnieje. Oczywiście młodzież się zmienia, ale teatr jako taki jest.
Marcin Andrzejewski:
Ta perspektywa tego, że byłeś kiedyś na początku tej drogi pomaga w pracy z ludźmi, którzy mają zajawkę, chcą robić teatr. Wszystko co mają, to jest piękne, bo to jest to najbardziej szczere i wynikające gdzieś tam z samego dołu i z serca. No ale ten teatr trzeba jeszcze zrobić, bo to, że chcesz zrobić teatr, to jeszcze nie wszystko.
Dariusz Sikorski:
Tak, to znaczy doświadczenie i jakby to, czego się nabywa, Pracując w jakimś miejscu, znając jego dobre i złe strony, ludzie się bardzo zmieniają. Kiedyś były duże odległości jak coś nowego wchodziło. Teraz to już tak pędzi. Więc takie odniesienie trochę do historii, trochę do doświadczenia, do muzyki z tamtych lat. No bo jest trochę takiej sieczki teraz, której nawet oni nie ogarniają. To jest wszystko trochę jak jednorazówka foliowa, którą po prostu na chwilę mam, wyrzucam, pozbywam się, zapominam. albo wiatr gdzieś to porywa, natomiast tutaj oni trochę przychodzą jak do domu, do takiego miejsca, gdzie znajdują swoje miejsce, gdzie mogą się trochę osadzić, gdzie mogą trochę się odciąć od Warszawy, od zgiełku, od szkoły, od rodziców. Ja przypuszczam, że teraz dla większej, dla dużej liczby osób, które do nas przychodzą, to jest bardziej miejsce spotkania niż odklepywanie takich zajęć, bo rodzice kazali na coś się zapisać. Że po prostu oni chcą tu ze sobą być, to miejsce jest im przyjazne, oni się tutaj dobrze czują. Przetrwaliśmy nawet trochę w sposób zdalny, ale też bardzo szybko wróciliśmy, całą pandemię. I to też był taki dla nich powrót, kiedy oni będą mogli tu wejść, kiedy będą mogli w końcu ze sobą się spotkać, pogadać, bo też od tego trochę z wszystkimi zespołami właściwie zaczynamy jakąkolwiek produkcję teatralną, czy taneczną, od słuchania ich. o czym oni chcą opowiadać, co ich w chwili obecnej interesuje, jakie mają problemy, czego im brakuje w życiu, o czym chcieliby powiedzieć innym, a czasem nie mogą albo nie mają okazji. Tu zawsze mogą się za postacią, za piosenką, za rolą schować i coś głośno powiedzieć. I zaprosić na przykład, to czego nie powiem rodzicom normalnie, ze sceny mogę im to wywalić.
Marcin Andrzejewski:
I odbiór jest pozytywny, negatywny? W ogóle zastanawia mnie też, wiesz co, rozszerzę pytanie. Sam odbiór jako taki, ale jaka jest grupa, która przychodzi to oglądać? To są ich rówieśnicy? Czy to są właśnie ich rodzice?
Dariusz Sikorski:
Wiesz co, ponieważ to jest trudne miejsce do ściągnięcia ludzi, ponieważ jest trochę odsunięte. To jest właściwie centrum Warszawy. My tu mamy bliżej do centrum niż czasem z Żoliborza, czy z Bemowa, czy z Ursynowa. Ale z dojazdem tutaj, z wybraniem się już właściwie nad samą Wisłę, gdzieś tam przez tę wystawę budownictwa, przez Bartycką, dla niektórych było wyprawą. No trzeba tu kawałek pojechać, jeżeli jedzie się komunikacją, to są teraz dwa autobusy, więc dotarcie tu nie jest łatwe, ale Oni w dużej mierze tę publiczność, jak już widzą, że jest coś, z czego oni są dumni, że oni to zrobili, to oni trochę sami gdzieś tam dbają o tę publiczność, żeby ściągnąć. A druga część, która się pojawiła od kilku lat, to są ci ludzie, którzy traktują to miejsce jako sypialnie, i im się już nie chce po powrocie z pracy jechać gdzieś do centrum, do teatru. Oni wolą przyjść tutaj, bo tu mają plac zabaw dla dzieci, bo tu ich dzieci chodzą na zajęcia, bo dostają repertuar i w każdym okolicznym sklepie on jest wywieszony i na słupach, więc tu im jest blisko. To jest trochę wyjście na spacer, przy okazji obejrzę sobie spektakl i w 10 minut jestem w domu z powrotem. A to są zwykle dość bogaci młodzi ludzie z małymi dziećmi, które tutaj przychodzą na zajęcia, więc to stała się nasza część, bo wiemy, rozmawiamy z nimi zawsze przy wejściu, przy wyjściu, po spektaklu. Więc oni często są kilka razy na tym samym spektaklu, bo sąsiadkę ściągnęli, bo zaprosili rodzinę z Warszawy. Ktoś tam przyjechał do nich i wyciągnęli ich do drożkarni. Fajnie, bo ta publiczność się zmienia. Każdy z tych naszych zespołów ma jakąś też swoją publiczność. Oni mają swoich znajomych, którzy za nimi, gdzie występują zawsze za nimi jeżdżą. Mają trochę rodziny. Mało tego, wiedzą już teraz, co kiedyś było mało popularne, ale większość z nich pracuje na przykład już z tych starszych zespołów, pracuje w zagranicznych firmach, w korporacjach i to już nie jest, to jest jakby Fajny wpis do CV, że mam hobby. Bawię się tańcem. Ściągają tu znajomych z pracy, swoich szefów, bo to naprawdę jest jakby fajny wpis do CV, że mam jakieś zainteresowania, że nie jestem skupiony tylko na robocie, ale też nie leżę na kanapie, tylko robię coś jeszcze. wyjeżdżam ze spektaklem, poznaję innych ludzi, jadę na zagraniczny konkurs, zrobiłam spektakl o Pileckim i gramy w Berlinie i w Warszawie. Więc ta publiczność, musieliśmy wprowadzić w pewnym momencie wejściówki, bo czasem było tak, że nie dawaliśmy rady ich pomieścić. 60 osób na takim spektaklu tanecznym to jest tyle, ile jest w stanie tutaj wejść tak w miarę komfortowo, żeby to oglądać. Więc mieliśmy tak, że czasem było za dużo, więc prowadziliśmy bezpłatne wejściówki, tak że ludzie muszą sobie w internecie odklikać, wykonać jakąś tam pracę, żeby później tutaj wpaść na spektakl. I zwykle to jest tak, że jak zostaną dwa miejsca, to i tak ktoś przyjdzie, wbije się na żywo.
Marcin Andrzejewski:
Powiedziałeś dwie rzeczy, które mnie bardzo ujęły. Pierwszy to taki, właściwie hasło reklamowe można by z tego zrobić, że idziesz na spacer, na 10 minut wchodzisz do teatru i potem idziesz z powrotem, wracasz do domu. To jest taki, wiesz… Ja sobie próbuję to wyobrazić, jak to może wyglądać. To faktycznie tak jest. Można wyjść na spacer i trafić do teatru. Tak.
Dariusz Sikorski:
Kiedyś w filmie Sprawa Kramerów było takie o teatrze, że oni otwierają teatr wtedy, jak pada deszcz. Bo wtedy przypadkowi ludzie, którzy się chowają, to jest najciekawsza publiczność, którzy po prostu przed deszczem chowają się do pierwszego, lepszego budynku. No i skoro będzie lało, no to zapraszamy na spektakl. No i to jest fajna publiczność, która nagle jest zdziwiona, Tutaj w jakimś tam domu kultury jest nagle zawodowa produkcja i że jeszcze nigdy takiego spektaklu nie widziałam, który bez słów opowiada jakąś historię. Ja też opowiadam o tańcu, bo z choreografką Izą Borkowską, moją żoną zresztą, prowadzimy dwa zespoły teatrów tańca i robimy spektakle. Zawsze oparte na jakiejś historii, jakimś temacie, ale opowiadamy to tańcem, który jest najbardziej międzynarodowym językiem sztuki. Ja zawsze mówię o tym, że taniec nie jest taki trudny, to jest po prostu następny poziom chodzenia. I tym tańcem jesteśmy w stanie opowiedzieć coś ważnego, wzruszyć ludzi, a jednocześnie może to obejrzeć każdy. Wyjeżdżamy czasem na jakieś zagraniczne wojarze i tam też przychodzą do nas obcokrajowcy i też nie mają problemu z odczytaniem przesłania, czy jakiejś konkretnej rzeczy, o której chcemy opowiedzieć. No to gdzieś się tam i ta publiczność też staje się przez to ciekawsza, bardziej kolorowa. Oni też mają, tancerze mają partnerów z różnych krajów. No to zrobił się trochę taki tygiel i nawet o tym ostatnio z Tatrem Tańca Jazz zrobiliśmy spektakl Bubble. oparty trochę na tym, że ktoś nam te języki kiedyś tam pomieszał, a teraz to jest nasza codzienność trochę i też o tym opowiadamy, a jednocześnie mamy w tym spektaklu piosenki, które są w 14 językach z całego świata. Każda piosenka jest w jakimś innym języku od japońskiego, francuskiego, niemieckiego, jidysz z różnych krajów. Niektóre piosenki podarowali nam znajomi, którzy śpiewają. w innych językach, niektóre sami dobraliśmy. Dodaliśmy do tego historię wieży Babel zapisaną w Księdze Rodzajów i nagrali to nam znajomi. Jest język ukraiński, angielski, polski i niemiecki. Do tego jest nagrany tekst. Tak się bawimy w teatr i tym staramy się przyciągnąć tutaj ludzi i coś ciekawego im opowiedzieć, a jednocześnie Trochę tym młodym ludziom, tancerzom, młodym aktorom, adeptom aktorstwa staramy się też jakby otworzyć trochę oczy na historię, trochę na inną muzykę niż taką, której słuchają teraz. Na historię dłuższą niż sam lead zapisany na stronie internetowej. i że trzeba na scenie być dłużej niż 7 sekund w internecie, że trzeba jakby poświęcić dużo więcej, że to nie jest właśnie jednorazówka, bo zwykle wszystkie spektakle, które robimy, staramy się grać jakby repertuarowo. Nie robimy tak, że zrobiliśmy spektakl, pykniemy go dwa razy, zapominamy, robimy coś następnego. tylko staramy się to utrzymać w repertuarze przez dwa, trzy lata, bo to jest też i rozwój spektaklu, ale też rozwój ich, bo oni po dwóch latach zupełnie inaczej ten spektakl grają. Zmienia się świat, ale dorastają też oni i psychicznie, i fizycznie, i mentalnie, Więc ten spektakl czasem ewoluuje, ale oni też w tym dorastają, odnajdują się. Wprowadzamy czasem jakieś zmiany, bo coś się wydarzyło na świecie, w Warszawie, w Polsce, w naszych głowach, że trzeba trochę inaczej o tym opowiedzieć. Czasem jakąś choreografię, jakiś utwór wywalamy. Czasem coś dodajemy. A wtedy oni też nabywają większych kompetencji. Wiedzą, że to trzeba gdzieś w głowie zatrzymać. Że tu sobie świat obok pędzi. Urodziłam dziecko i po roku wracam do tego samego spektaklu, który grałam na premierze. Bo też mamy takie przypadki, bo zwykle w tych młodszych grupach zmieniają się dość często ludzie. Natomiast w tych starszych, ci którzy już przebyli z nami szkoły średnie, studia i teraz już pracują i utrzymują się zupełnie z czego innego, to dla nich to już jest takie osadzone hobby, że oni są z nami przez kilkanaście lat. bo też przestają widzieć siebie, próbują oczywiście czego innego. Niektórzy idą do szkół tanecznych gdzieś w Holandii, w Niemczech, ale mamy też architektów, którzy pomagają nam w scenografii, mamy grafików, którzy każdy coś od siebie też wnosi do tego teatru, do tego zespołu. i do każdego pojedynczego spektaklu.
Marcin Andrzejewski:
Ja wcześniej powiedziałem, że dwie rzeczy mnie ujęły. Po pierwsze, żeś mi przed chwilą porozmawiał.
Dariusz Sikorski:
Dobra, zagadałem, no.
Marcin Andrzejewski:
Nie.
Dariusz Sikorski:
Mów drugą.
Marcin Andrzejewski:
Bardzo dobrze. Jeszcze jest druga. A już w tak zwanym międzyczasie powiedziałeś, że ten tygiel, wieża, babel, no to jakby tak trzymać się nomenklatury biblijnej, to muszę ci powiedzieć, że w tej wypowiedzi wcześniejszej dałeś fantastyczne świadectwo, na którym nam najbardziej zależy w tym projekcie, że instytucja może robić tak wielkie rzeczy, będąc w skali niewielką, bo powiedz widzom, żeby mieli świadomość, ile macie rzędów krzeseł na widowni?
Dariusz Sikorski:
Zależy, ile postawimy. Zwykle dokładamy jeszcze poduszki dla tych, którzy są w stanie usiąść i wysiedzieć godzinę na poduszce, ale mamy osiem rzędów, czasami dziewięć. Dziesięć to już jest góra, bo już wtedy ciężko obejrzeć cokolwiek, co się dzieje nisko.
Marcin Andrzejewski:
i ta część, gdzie siedzą widzowie jest o wiele mniejsza niż scena, bo to jest też tutaj bardzo charakterystyczne.
Dariusz Sikorski:
Wiesz co, to w pewnym momencie przestawiliśmy to tak, jeżeli chodzi o spektakle taneczne, bo jednak dwunastu, trzynastu tancerzy na scenie potrzebuje dużo więcej przestrzeni. My na szczęście mamy te sale, zostaliśmy trochę zmuszeni na tle funkcjonalną, Bo tak naprawdę mamy kulisy, mamy prospekt sceniczny, mamy scenkę 5 metrów na 6 głębokości i można to wszystko tak przestawić i zbudować scenę po drugiej stronie. I czasem graliśmy tak małe, trzyosobowe spektakle teatralne. Ale często odwracamy to, albo np. graliśmy spektakl, gdzie widownia siedziała, mistrza i małgorzatę taneczną, gdzie widownia siedziała po dwa rzędy z każdej strony i wchodziło też wtedy około 60 osób, a tancerze tańczyli po środku. Da się na dwie strony grać i czasem robimy też z tego walor. Ja zawsze staram się w tym miejscu, ponieważ często ludzie, którzy mieszkają tutaj, przychodzą tu któryś raz i zawsze chcę, żeby zobaczyli Byli w tej sali, ale ona taka jakaś inna jest, bo jest budżetowa scenografia, na przykład zrobiona z folii malarskiej, gdzie łącznie z sufitem jest wszystko wyłożone folią malarską i ta sala jest nagle wielka, biała, ruszająca się, drgająca. Więc staramy się zawsze jakoś zmienić trochę aranżację, czasem widownię stawiamy z trzech stron, amfiteatralnie. Czasem ją odsuwamy. Tu też jest fajne to, że przez to, że mamy takie warunki jakie mamy, to ten kontakt z widzem jest zawsze taki na oddech. Ja przy spektaklach tanecznych zawsze mówię, będziecie Państwo mogli w końcu poczuć, ile pracy i ile wysiłku wymaga taniec, bo będziecie tak blisko aktorów, że jak oni się spotkają, to poczujecie się po prostu. Tak naprawdę.
Marcin Andrzejewski:
To jest właśnie to świadectwo, o którym być może nieświadomie zupełnie, ale cały czas mówisz, bo opowiadasz o wielkich rzeczach. Opowiadasz jakby to były wielkie rzeczy, tylko opowiadasz o wielkich rzeczach, a cały czas z perspektywy małej jednostki kultury, bo bardzo często się spotykamy z czymś takim, że my mamy małą salę, to my nic nie zrobimy, tutaj się zmieści tylko 30 krzeseł albo 40, a tu jak słyszę to sky is the limit, to nie jest żadna determinanta niczego.
Dariusz Sikorski:
Tak, ale ja zawsze myślę o publiczności. Nie robimy to tylko dla tych ludzi. Zawsze te spektakle tworzymy tak, jakby miały być zagrane na największych scenach świata. Bo fajnie, że tutaj to jest w takiej atmosferze bliskiej. Na przykład na tym ostatnim spektaklu Muśnięcia zagraliśmy to w Teatrze Studio na dużej scenie, ale wolimy grać to tutaj. W tym spektaklu, który jest o dotyku, o bliskości, o tym jaki mamy teraz z tym kłopot, żeby podać sobie rękę, przytulić się, jak nam bardzo tego brakuje, jaki mamy tego deficyt, to okazało się, że ten bliski kontakt jest super, że i publiczność czuje aktorów i tancerzy, i oni czują tę publiczność, że ta rampa sceniczna oddzielająca scenę od widowni tutaj przestaje istnieć, a tam fajnie, to jest wszystko fajne w obrazku, w perspektywie oglądania, ale traci trochę ten kontekst bliskości oddziaływania na siebie publiczności i aktorów, tancerzy. Ja bardzo staram się unikać mikroportów, wzmacniania czegokolwiek, że jednak teatr powinien być teatr. Robimy takie warunki, tego też oni się uczą. Ja zawsze przekonuję ludzi, że to wszystkiego czego się uczymy, macając i dotykając teraz teatru, zostaje Wam na życie. To jest bardzo przydatne w rozmowie o pracę, w porozmawianiu z partnerem, w kupowaniu w aptece rzeczy, to jak wyraźnie mówimy, bo zrobiliśmy się niechlujni, nieprzykładający wagi do słowa, mało czytamy. Staramy się tą zabawą w teatr, w taniec trochę poszerzyć ich horyzonty, trochę pokazać, że fajnie jest stanąć i jesteśmy świadkami wypadku, fajnie jest wiedzieć, że mogę głośno wezwać pomoc, że mogę paroma osobami pokierować, powiedzieć im co mają robić. że to wszystko się nam przydaje w codziennym życiu, trochę świat nam to wszystko odbiera i nas odziera z tego, a tak naprawdę mogą za chwilę przyjść czasy, że to wszystko będą podstawowe umiejętności. Jak nam wyłączą ten prąd, jak oni zostaną bez telefonów, w głębokim tyłku, no.
Marcin Andrzejewski:
Zaiste. To co mówisz w ogóle się pokrywa z taką, ja mam taką teorię prywatną. Jak to z teorią, ona jest niepotwierdzona. Ale ja uważam, że są dwie rzeczy, które człowiek powinien w obecnym czasie znać i umieć. Pierwsza to jest podstawa języka angielskiego z wiadomych względów. Wieża Babel się kłania. A drugie to jest umiejętność wystąpienia publicznego. Nie konkretnego scenicznego, nie musisz robić prezentacji, znaczy cokolwiek możesz zrobić. Jeżeli masz tą umiejętność, która jest jakby naturalnym i jest testem teatru, to wtedy na bazie tej gliny możesz ulepić w swoim życiu bardzo, bardzo, bardzo dużo.
Dariusz Sikorski:
Poza tym to też jest tak, że w pandemii było trochę tak, bo to trochę się sprawdziło. Ja z Teatrem zakaz 3-osobowy skład, robiliśmy 3-osobowy spektakl. Robiliśmy temat, który ich interesował, bo dziewczyny akurat miały takie swoje jazdy, że wyprowadzały już się z domu, ale z wynajmowaniem samodzielnie mieszkania jest trudno, więc są to jakieś spółki, że na przykład dziewczyny pracują w różnych miejscach, ale wspólnie wynajmują gdzieś mieszkanie. No i tutaj wróciliśmy trochę, żeby opowiedzieć to jakimś konkretnym tekstem. Jest taka sztuka Zbigniewa Herberta, a właściwie słuchowisko radiowe, które się nazywa Drugi pokój. I to jest o wczesnym PRL-u, kiedy dokwaterowywali ludziom do mieszkań kogoś, bo mieli za duży metraż. I tam małżeństwo zostało dokwaterowane do starszej pani, która mieszka w pokoju obok, oni są w drugim pokoju. i czekają na śmierć tej kobitki, żeby ten pokój przejąć. I tutaj zrobiliśmy taką samą sytuację, tylko że studencką trochę, że mieszka ktoś za ścianą u dziadka, a dwie studentki mieszkają razem i też czekają trochę na śmierć tego dziadka, żeby móc mieszkać oddzielnie w tych dwóch pokojach. I ta opowieść, tutaj też zbudowana w bardzo kameralnych warunkach, w bardzo kameralnej przestrzeni, Robiliśmy to przed pandemią i rozmawialiśmy o tym, jak to w tamtych czasach bywało. Chciałem im zrobić takie tło historyczne. I że było kiedyś tak, że nie można było, bo one nie rozumiały, co to znaczy dokwaterować kogoś.
Marcin Andrzejewski:
Czymże jest PRL.
Dariusz Sikorski:
Więc opowiadaliśmy o takich sytuacjach, że kiedyś trzeba było mieć, ja musiałem mieć paszport z pagartu wydawany na jeden wyjazd, wracałem, musiałem się rozliczać, miałem jakieś tam przesłuchanie w związku z tym, że nie można było tak wszędzie polecieć, tak jak teraz na wakacje, że w sklepach nie było wszystkiego. I dla nich to jest po prostu prehistoria. To jest jak dla nas druga wojna światowa, tylko jeszcze dalej. I mówiły, że to… Nie może tak być. Nigdy tak nie będzie. I się zdarzyło w pandemii. Samoloty przestały latać. Nie można było z kraju wylecieć. Czasem nie można było czegoś kupić, bo najważniejsze były rękawiczki i płyn do dezynfekcji i maseczki. I to się właśnie tak, że się zamawiało ze znajomym 100 sztuk L-ek i 100 sztuk M-ek i się później na pół dzieliło i się spotykaliśmy na parkingu gdzieś tam wymienialiśmy tym. Dokładnie ja pamiętam to z czasów komuny. Mój ojciec tak samo kombinował, tak jak ja kombinowałem płyn do dezynfekcji. I to, sorry, w rozwiniętym kraju w środku Europy nagle zostaliśmy odcięci trochę od świata, od wszystkiego i zamknięci w domach. I czasem to, co nam się w domach wydawało normalne bardzo, I na co dzień znośne, bo od ojca przemocowego po prostu się rano uciekało do szkoły, później się zostawało w świetlicy, później się szło do kolegi i wracało się wieczorem, jak ojciec albo już był uwalony, albo spał. A teraz nagle ci młodzi ludzie wylądowali w tych rodzinach i zobaczyli tak naprawdę jakie one są. Bo tego ojca miało się 24h. na dobę i to było przerażające dla nich, więc my spotykaliśmy się z nimi najpierw albo stąd, bo tu mieliśmy przygotowane podobne studia do tego, żeby prowadzić zajęcia dla młodych ludzi, więc instruktorzy przyjeżdżali tutaj, ci, którzy nie mieli warunków w domu, Później już prowadziliśmy część zajęć z domu, a rodzice czasem przyjeżdżali na przykład tutaj po glinę, odbierali paczkę z gliną i z jakimiś tam, i zabierali to do domu i dzięki temu dzieci mogły mieć zajęcia w domu z ceramiki.
Marcin Andrzejewski:
Zdalne garcarstwo.
Dariusz Sikorski:
Tak.
Marcin Andrzejewski:
Piękne.
Dariusz Sikorski:
Tak. A my później już trochę tajnie, właśnie w maseczkach, wróciliśmy chyba po trzech miesiącach z zespołami, bo mieliśmy zbliżające się premiery. W tym czasie robiliśmy też nasze spektakle. oddaliśmy trochę zdalnie w przestrzeń publiczną, żeby ci ludzie, którzy odwiedzają stronę dorożkarni, mogli sobie coś obejrzeć. Nagrywaliśmy gdzieś na działkach zajęcia i dla naszych dzieciaków, ale też dla ich rodziców, żeby mogli się w domu poruszać. Więc Iza robiła taki cykl Zostań w domu, ale ćwicz. I to były takie półgodzinne rozgrzewki, które później też dzwonili nauczyciele, czy mogą np. puszczać to swoim dzieciakom. jak mają lekcje jakieś, no bo to była gotowa lekcja jakby ruchowa dla dzieciaków, więc trochę zapewniamy im taką rodzinną atmosferę tutaj. Tym, którzy muszą uciec czasem z domu, czasem chcą, a czasem chcą być trochę w innym środowisku niż w szkole, bo tam też jest im czasami niewygodnie. Czasem jest to taki odpoczynek od pracy, czasem od partnera w domu czy od dzieci. więc staramy się tych wszystkich ludzi jakby trochę przytulić, okryć kołderką, a przy okazji uczymy ich teatru, tańca, wokalu i staramy im się jakby dać taką trybunę, z której mogą coś opowiedzieć głośno. Ludziom tak, twarzą w twarz trochę.
Marcin Andrzejewski:
No dobra, to teraz ja odegram taką scenkę i będę taką młodą osobą, jeszcze pamiętam jak to było, z entuzjazmem i przychodzę do Ciebie i mówię, Tarek, Panie Darku, to ja mam taki pomysł, ja bym chciał zrobić taki spektakl, nie wiem, kto będą, ptaki Arystotelesa. I tutaj widzę 30 tych ptaków, które w chórze grają, tam kolumnadę, i te wszystkie akty, i to się wszystko odbywa, i ja tu potrzebuję jeszcze rampy, i to, i to. A ty tak siedzisz i mówisz to fantastycznie. I potem następuje zderzenie z rzeczywistością. I jak sobie z tym radzisz, żeby po pierwsze nie zabić tego entuzjazmu, a po drugie od strony technicznej, formalnej, papierologicznej trzeba to przeprowadzić.
Dariusz Sikorski:
Tak, ale to o czym opowiedziałeś jest najważniejsze. To, że ktoś chce. Czy chce w tym zagrać, czy chce to zrobić, wyreżyserować, wyprodukować. Jeżeli ląduje u nas, my możemy mu dać opiekę, nadzór merytoryczny. Mało tego, jeżeli to jest projekt, który w jakiś sposób u nas zostanie, albo stworzą go ludzie, którzy będą chcieli tutaj dalej coś robić, to my jesteśmy też w stanie wesprzeć jakoś finansowo te osoby. Ja jestem takim znalazcą, to znaczy jeżeli znajdę stare krzesło, to je przywożę do dorożkarni. Wsiadałem do samochodu, przyjechał facet, powiedział, że ma do oddania maszynę włókienniczą starą, która mu stoi w garażu i zajmuje przestrzeń. Ja to przyjąłem. Zbudowaliśmy później z tego scenografię do dwóch spektakli. z rozebranej maszyny włókienniczej. Więc trochę rzeczy mamy tutaj w zasobach. Mamy sprzęt, mamy oświetlenie, mamy kamery, mamy ekipę filmową. Mamy możliwość robienia filmów animowanych, mamy możliwość nagrania wideo do spektaklu, mamy grafika. Ci wszyscy ludzie, którzy tutaj pracują, są jakby otwarci na współpracę, na robienie czegoś wspólnie, więc jeżeli ja jestem opiekunem takiego kogoś i ktoś przychodzi do mnie z takim pomysłem, To zależnie od tego jaki ma pomysł, co chce zrealizować, jak dużych nakładów finansowych. Nigdy nie staram się utrącić kogoś na początku, mówi stary to się nie uda. Wiem, ale nie mówię tego, bo on sam musi do tego dojść. On sam musi wiedzieć, że pewnych rzeczy nie przeskoczy, bo Bo tak naprawdę produkcja teatralna nie jest tak trudna jak ludzie, z którymi się pracuje. Ogarnąć samych ludzi, zadbać o to, żeby oni byli na próbach. Bo co z tego, że ja mam fajny pomysł, jeżeli nie przekonam do tego aktorów. Nie przekonam do tego ludzi, których chcę do tego zaangażować. Znaczy najpierw muszę właśnie przeprowadzić rozmowy, wiedzieć, przekonać innych do tego, że ten mój pomysł może jest szalony, ale ma szansę na realizację i wtedy staramy się budować dopiero okoliczności to, co nam jest do tego potrzebne. jaka sala, jakie oświetlenie, czy muzyka będzie na żywo, czy muzyka będzie mechaniczna, czy do tego potrzebna jest podłoga baletowa, czy nie, jak ustawimy publiczność, ile osób, do kogo chcemy to skierować w ogóle, cały ten projekt, żeby to nie było coś, co robimy tylko dla siebie i nie przewidujemy, czy to ma szansę na rozwój, czy to ma szansę na kolejne wykonania, czy to jest jednorazowy strzał i po prostu chcemy samemu siebie spróbować, bo wtedy jest łatwiej spróbować sam ze sobą trochę. to znaczy w mniejszej ilości osób, ze znajomym, z aktorem. My tak samo czasem gramy w filmach pracowni filmowej Parasol, gram często ja, Bo jestem tu. Jak im potrzeba jest nagrania jakichś dwóch wierszy, bo jest im potrzebny tekst, to przychodzą do mnie na próbę. I Jacek pyta Darek, czy dziewczyny mogłyby nam nagrać dwa teksty Herberta. OK, jedną próbę poświęcamy na to, żeby wejść do studia i nagrać. Więc możliwości mamy dużo, oczywiście w ramach dostępności i czasu instruktorów, dostępności sal. bo to też jest, ja mówię teraz o takiej sytuacji, kiedy ty przychodzisz z zewnątrz tutaj.
Marcin Andrzejewski:
Tak jest, ja po prostu chcę.
Dariusz Sikorski:
Ty po prostu chcesz.
Marcin Andrzejewski:
No bo słyszałem, że robisz teatr, to ja bym chciał zrobić.
Dariusz Sikorski:
Tak, no to albo, albo namawiam cię, żebyś wbił do któregoś z naszych zespołów, albo cię kieruję do innego instruktora, bo wiem, że chcesz robić wokalny spektakl, ja cię tego nie nauczę, ale mamy dziewczyny, które uczą wokalu, i może tam znajdziesz swoje miejsce, bo często jest tak, że ktoś z nas dokłada się scenograficznie, nie wiem, ja czasem prowadzę koncerty wokalmani, czasem pomagam dziewczynom w scenografii, czasem robi to Jurek, który jest oświetleniowcem, ale na przykład ma fajny pomysł i ja mówię, dobra, Jurek, Ty robisz ten koncert, bo masz lepszy pomysł od mojego. Więc możliwości jest bardzo dużo i zawsze je można pokazać takiemu człowiekowi drogę. Może on w ogóle tego nie chce robić tutaj. Może on to chce zrobić w szkole u siebie tak naprawdę, bo tam ma grono przyjaciół i odbiorców, z którymi jest w stanie to zrobić. Ale trzeba mu jakby w tym pomóc, trzeba mu pokazać, nie zabijając entuzjazmu, ale trzeba mu pokazać, z czym tak naprawdę zderzy się po drodze, no bo robienie spektaklu to nie jest odpisywanie pracy domowej od kolegi w ostatnim momencie. Mało tego, trzeba związać jakby ludzi. Mnie najbardziej zależy na takich rzeczach i projektach, które przyciągają nowych ludzi, związują ich na dłuższy czas. Bo jak powstaje taka społeczność, to nawet ten szalony pomysł reżysera w ciągu dwóch miesięcy jest w stanie się przerodzić w zupełnie coś innego, ciekawszego, bo każda osoba, która jest przy tym projekcie, coś od siebie dorzuci. Gdzieś pokaże inny kierunek, gdzieś pokaże fajniejsze rozwiązanie, Nie wiem, dla mnie najważniejszy ten moment przed rozpoczęciem pracy to są rozmowy, rozmowy, rozmowy, rozmowy, bo one bardzo dużo ustawiają w głowie, pokazują gdzie gdzie są problemy, gdzie możemy się wpakować w jakieś bagno, gdzie możemy przedobrzyć, że czasem prostota w teatrze, w spektaklu jest dużo ciekawsza niż naćkanie świateł, scenografii i przegięcie w stronę taką. I też może bardziej, żeby to było bardziej przez wyobraźnię, przez to, co ludzie sobie wychodząc ze spektaklu, zostanie im z tyłu głowy, a nie takie pierwsze, że przychodzę do teatru, zabawcie mnie. U nas raczej takiej publiczności nie ma. oni mają świadomość, że to będzie coś innego, zrobione trochę inaczej niż w klasycznym teatrze, że to nie będzie wielka, mega produkcja, tylko że będą blisko, że będą mogli po spektaklu porozmawiać z aktorami, z tancerzami, czasem od razu na scenie. Czasem na premierze to my z bankietem wchodzimy do publiczności, a nie publiczność wychodzi na bankiet. To my wnosimy stół, coś na nim stawiamy i mówimy, że to dzisiaj jest premiera. Wydaje mi się, że ta bliskość i rozmowa powodują, że dajemy ludziom i tym, którzy chcą się bawić w teatr i robić teatr, i tym, którzy do nas przychodzą na teatr, dajemy właśnie taki trochę teatr domowy. Ale też nie boimy się z tym wyjść i zagrać to na scenie dla 400 osób i przed trudną publicznością czy przed jury, bo zwykle jak się gra na konkursach to siedzi smutne jury czteroosobowe i na przykład gramy o godzinie 10 rano i nie ma w ogóle publiczności. Ale to też jest dla nich doświadczenie, żeby spiąć tyłek, mimo że nas jest dwunastka na scenie, a tam siedzi trójka jurorów i jeden organizator, to żeby zagrać tak samo jak zagraliśmy na premierze, a nawet lepiej, żeby wejść na wyższy trochę level, żeby też mieć satysfakcję z tego, że może zostaniemy kiepsko ocenieni, albo może oni się nie znają ani na tańcu, ani na teatrze, ale my wykonaliśmy fajną robotę i mimo, że musiałem wstać o godzinie piątej, żeby dojechać do jakiegoś innego miasta, żeby to zagrać, to warto było, bo zrobiliśmy kawał dobrej roboty.
Marcin Andrzejewski:
W stanie o piątej już się należy dyplom uznania.
Dariusz Sikorski:
To prawda.
Marcin Andrzejewski:
Ale pamiętasz, ja to chciałem tylko te ptaki wystawić. Ja mnie nie interesuje, co to jest scena, jaka jest podłoga.
Dariusz Sikorski:
Ale chciałeś wystawić ptaki dlatego, że spodobał ci się tekst? Czy on jest na tyle uniwersalny, uważasz, że teraz ludzie z tych ptaków coś są w stanie wynieść? Taka publiczność, która przyjdzie?
Marcin Andrzejewski:
Byłem już na takiej interpretacji ptaków, gdzie jeden z głównych bohaterów biegał ze znakiem drogowym przyklejonym do czoła.
Dariusz Sikorski:
Ja byłem też na takiej, gdzie grali to na golasa.
Marcin Andrzejewski:
Być może byliśmy na tej samej? To nie jest uniwersalne połączenie znaków drogowych i golizny?
Dariusz Sikorski:
Może jest, aczkolwiek znak drogowy widzimy na co dzień każdy z nas. Natomiast ja bym namawiał cię, żebyś jednak Tam, gdzie umieszczony jest ten tekst, tam go trochę osadził i wizualnie, i muzycznie, żeby ludziom też dać jakby spojrzenie na tamtą epokę, na czas, w której się sztuka dzieje. A czasami wątki, czasami na plakacie, w programie Możesz pokazać ludziom, a czasem w wybiciu jakiegoś zdania, słowa czy elementu scenografii, pokazać ludziom, jak ten tekst jest nadal współczesny, realny albo może być bardzo realny za chwilę. Bo czasem też bierzemy takie spektakle, które gdzieś tam dotykają przyszłości, I czasami jest tak, że podchodzisz do tego pomysłu i on wydaje się jeszcze takim przyszłościowym, a jak jest dzień premiery, to on już właśnie się dzieje. No bo czasem jak w takich zespołach amatorskich, co chyba tylko w Polsce jest takie, nawet trochę obraźliwe, bo wszędzie na zachodzie ten Amator nie jest tak odczytywany jak u nas. Więc ten teatr, ja zawsze daję cudzysłów amatorski. Ja przez lata pracowałem w teatrze zawodowym. Jestem teraz od tego trochę daleko, bo ten sposób pracy, tam się pracuje inaczej. Masz aktorów dostępnych od godziny 10 do 14 i od 18 do 22 codziennie.
Marcin Andrzejewski:
Są w pracy.
Dariusz Sikorski:
Są w pracy, albo są do tych prób przypisani, są, stawiają się, są gotowi, mają naumiany tekst. My tutaj walczymy o każdego tego dzieciaka, każdą młodą osobę, bo to jest jedna, dwie, dwu, trzy godzinne próby w tygodniu. Więc ten proces produkcji rozciąga się na dłuższy czas. Mamy ich zwykle w grupie. Nie wyrzucę nikogo z grupy, bo mi nie pasuje do tego spektaklu. Zawsze mamy taką grupę w tym roku, tyle osób. Na tyle osób robię spektakl. Szukam tekstu, scenariusza, pomysłu na to, żeby wszystkich, których mam w grupie, w tym momencie, żeby ich wykorzystać.
Marcin Andrzejewski:
Masz tam demokrację? Czy jest reżyser i aktorzy?
Dariusz Sikorski:
Demokracja w teatrze się nie sprawdza, ale ja ich traktuję jako partnerów, jako przyjaciół. Oni też bardzo dużo do naszych spektakli wnoszą. Jak już jesteśmy na takim etapie, gdzie dogadaliśmy się, że chcemy o tym rozmawiać z ludźmi, że idziemy w takim kierunku, to oni przesyłają nam muzykę, przesyłają nam inspiracje. I często to jest tak, że kupujemy to w ciemno, bo wiemy, że my też jakby myślimy trochę inaczej o świecie. a na publiczności czasem jest młoda osoba, która oczekuje czego innego niż jej dziadek albo mama, którzy siedzą obok. Więc musimy być bardzo szeroko otwarci na to, kto będzie na widowni i też na możliwość odbioru, no bo teraz ludziom jest ciężko przychodzą do teatru i tak naprawdę wydaje im się, że znają się na wszystkim. Bo oglądali jakieś tam programy w telewizji, więc w Polsce na tańcu zna się każdy.
Marcin Andrzejewski:
Nie?
Dariusz Sikorski:
Bo You Can Dance oglądał, więc piłka nożna i tańce, wszyscy się na tym znają. I dopiero na takim spektaklu mogą zobaczyć naprawdę, ile to wymaga pracy, że to nie jest tak jak w telewizorze, że wszystko jest na trzy minuty. Każdy z nas da radę, jak poćwiczy, rzeczywiście odpalić. Jak to dobrze zmontują, dadzą dymy na nogi, to będzie naprawdę, no, z każdego można zrobić tancerza w telewizorze. Ale jak już Każemy zaklaskać widowni na dwa, to jest masakra. Czasami im każemy, a czasami sami chcą. Staramy im się przybliżyć i różne gatunki, i różną muzykę, i różny tekst, i różny sposób opowiadania, czasem bardziej współcześnie, czasem właśnie odwołujemy się do historii, ale staramy się ją odbrązowić, bo trochę robiliśmy na zamówienie spektakl o Pileckim, bo Instytut Pileckiego się zwrócił do nas. Ale ja powiedziałem, dobra, no taki spektakl możemy zrobić, ale na naszych zasadach, że nie będzie to spektakl taki, że my pokłon składamy Tylko chcemy trochę odbrązowić tę postać, pokazać jakim był człowiekiem, a nie jakim był patriotą. Tak, że chcieliśmy bardzo blisko zejść, bardzo się trochę przytulić do tego, trochę znaleźć inne źródła, bardziej rodzinne, bardziej porozmawiać z wnukami, bardziej odnieść się do takiej literatury i notatek z życia, jak kochał, jaki był dla dzieci, co w tamtych czasach było też trochę ewenementem. O tym chcieliśmy opowiedzieć, a nie o tym jakim był patriotą, o tym co wszyscy znamy z podręczników historii. I to się sprawdziło i opowiedzieliśmy trochę obrazem, trochę tańcem, trochę rysunkiem, bo robił świetne grafiki i z tego zrobiliśmy właściwie scenografię. Trochę jego też nazwał Zielnik Pileckiego, bo prowadził taki zielnik, gdzie zbierał zioła, trawy. Wklejał i trochę taką historię opowiedzieliśmy. Czasem też grzebiemy w historii. Mieliśmy piękny projekt tutaj, jak już osadziliśmy się trochę w tym miejscu, poznawaliśmy jego historię, tej wsi Siekierki. Powstał projekt Korzenie Siekierek. Czyli zbieraliśmy opowieści od mieszkańców Siekierek, wtedy jeszcze kiedy tu mieszkało 5 tysięcy osób i była to rzeczywiście odsunięta dzielnica Warszawy, prawie wieś. żyjąca swoim życiem, no i w środku my. Odnajdowaliśmy miejsca, historię, zbieraliśmy zdjęcia. I po tym wszystkim powstał też spektakl o tym, jak tu się kiedyś żyło. Była to też trochę taka absurdalna historia, prawie prawdziwa, ale wszystko zaczynało się od mebla. Wtedy spektakl zaczął powstawać, miałem historie spisane przez ludzi, miałem trochę zdjęć i postanowiłem, że taki maminy kredens albo babciny kredens stary będzie fajnym miejscem, z którego te historie będzie można wyciągać, z którego te historie będą wychodzić. i na jednym meblu kupionym gdzieś tam na działce od jakiejś zmarłej cioci, koleżanki, która oczyszczała stary dom. I ten Babciny Kredens stał się takim miejscem na zbieranie historii i na oddawanie ich ludziom. I zagraliśmy taki spektakl historyczny poniekąd, aczkolwiek bardzo obrazowy, trochę muzyczny, wykorzystujący właśnie te historie osób, które tu żyły, które żyją nadal i pamiętają. Powstawała też wystawa, przy okazji jakieś materiały filmowe, album, więc z jednego projektu jako drożkarnia staraliśmy się zrobić, gra miejska powstała, staraliśmy się zrobić jak najwięcej wydarzeń, które przyciągną trochę tych ludzi. Jednych przyciągnie historia, innych przyciągnie coś, co jest opowiedziane bardzo współcześnie, innych przyciągną lunety na siekierki, bo dzieci uwielbiają technikę patrzeć gdzieś w przyszłość. Niektórzy po prostu zakochali się w albumie, jest strona internetowa, Więc z jednego małego pomysłu czasem mogą się urodzić fantastyczne rzeczy i można je rozwijać, pracować, a kredens stoi u mnie w magazynku i już kilkakrotnie był wykorzystywany na 25-lecie też. opowiedzieliśmy historię z kredensu, bo zawsze w tych kredensach, na tych szybkach wkładało się pocztówki, jak się jeszcze kiedyś pisało. My mieliśmy pocztówki z całego świata, od znajomych, którzy składali z okazji 25-lecia nam życzenia.
Marcin Andrzejewski:
Aktorzy byli miejscowi, byli też stąd? Historie były stąd, a aktorzy?
Dariusz Sikorski:
Aktorzy byli też stąd, bo to był zespół, jeden z pierwszych, który tu zagrał spektakle teatr po balu, który tutaj działał. I to był trochę taki teatr publicystyczny. Na początek zagraliśmy tutaj w gołych ścianach jeszcze w małym dworku. Były tylko parę wiklinowych mebli i nic więcej. A bawiliśmy się jeszcze w teatr w Starej Dorożkarni z nimi. I później po latach ja tych ludzi, teatru po Balu już nie było, ale wyciągnąłem z jedną koleżanką, pracuję w innym Domu Kultury, Druga dziewczyna pracuje w Radio Z. Chłopak jest teraz od wystaw i młodej sztuki. Zadzwoniłem, powiedziałem, słuchajcie, jest taki pomysł, żeby zrobić projekt historyczny o siekierkach. Przyjechali, zrobiliśmy. Z nimi akurat byłem już bardzo długo, więc zrobiliśmy to w dwa, trzy miesiące. na próbach i powstał spektakl, później powstała jego druga odsłona, a kredens został, jest i już się go nie pozbędziemy.
Marcin Andrzejewski:
Nie no, Meppel przeżyje jeszcze niejedno zapewne. Wiesz, też mnie interesuje taka kwestia bardziej formalno-prawna, jak współpracujesz z tymi aktorami. No i przy pracy z zawodowymi aktorami, no to jakby ciebie to nie interesuje, jesteś tylko modus operandi i artystycznym. Ale tutaj jednak spotykasz się w instytucji kultury z amatorami. I ja też bym chciał odczarować to słowo, że to nie jest nic złego, że ktoś jest amatorem. W Polsce faktycznie w tym języku jest takie nacechowanie negatywne.
Dariusz Sikorski:
Z nasjonatami. Z kimś, kto ma pasję jakąkolwiek.
Marcin Andrzejewski:
To ja mam tę pasję nadal. Bo wiesz, ja nadal te ptaki. Ja cały czas te ptaki.
Dariusz Sikorski:
Dobra.
Marcin Andrzejewski:
Tylko ja nie mam pojęcia zupełnie o tym, czy muszę podpisać jakieś zgody, papiery, zaiksy i tak dalej. Coś słyszałem, ale nie mam w ogóle pojęcia, jak tą sferę zaopatrować.
Dariusz Sikorski:
Wybrałeś sobie dobrą sztukę, bo to już nie jest chronione.
Marcin Andrzejewski:
Tak, to już domena publiczna zapewne.
Dariusz Sikorski:
Tak jest, jest w domenie publicznej, więc jeżeli teraz jeszcze dobierzesz do tego jakąś muzykę, która nie jest chroniona, też jest super, bo wtedy nie mamy już żadnych problemów. Zależy czy robimy to we współpracy ze szkołą, bo jeżeli to jest edukacyjne, to też często jest tak, że z tych praw można sobie z nimi poradzić w pewien sposób, bo tak jak są domy kultury, młodzieżowe domy kultury, działają jako edukacja, podlegają pod edukację, nie muszą wtedy się z AX rozliczać, z takich rzeczy mogą robić musical hair. Natomiast my musimy jakoś, płacimy licencje za dostęp, działamy jako edukacja, ale niestety podlegamy pod kulturę. Znaczy, nie wiem czy niestety. Dobra, niech będzie, że pod kulturę.
Marcin Andrzejewski:
No w tym przypadku akurat.
Dariusz Sikorski:
Różnie to bywa. Różnie to bywa. Obie te strefy publiczne są bardzo zaniedbane i trochę tak lądują na ostatnim miejscu zawsze i edukacja, i kultura. Bo tak rzadko ktoś sobie zdaje sprawę z tego, jak to jest dla nas ważne. Może w pandemii się trochę ludzie odsknęli, jak im tego jednak brakuje i korzystali nawet przez internet z tego. A później był nalot po pandemii na muzea, teatry i wszystko wróciło. Nigdy nie byłam w teatrze, a nagle po pandemii, Boże, znowu mogę iść do teatru, super. Więc to bardzo miłe i jest ważne i mam nadzieję, że ci ludzie, którzy tutaj przychodzą to wiedzą i uczymy ich tego, że jest to bardzo ważne. Formalności za dużo nie ma, to znaczy jeżeli my dogadujemy się na coś, możemy podpisać jakieś porozumienie, reprezentuje szkołę, możemy porozmawiać ze szkołą, możemy podpisać porozumienie ze stowarzyszeniem, że zapewniamy opiekę. Pewnie więcej pani dyrektor o tym wam opowie. Ja zwykle i tak muszę zwrócić się do dyrekcji, jeżeli chce tu kogoś przyjąć, ugościć, wpuścić do zespołu, czy wziąć kogoś z zewnątrz na współpracownika do jakiejś produkcji, no to i tak wymaga to zgody dyrekcji. Jestem tylko pedagogiem teatru, uczę tego, prowadzę zespoły. Natomiast takie decyzje prawno-finansowe są podejmowane na wyższym szczeblu. w dyrekcji, trzeba dogadać czy to w ogóle będzie wymagało pieniędzy, bo często jest tak, u nas też jest tak, że czasem wiemy, że w tym roku na jeden spektakl wydaliśmy 4 tysiące i na drugi spektakl nam zostało tylko tysiąc, więc dogadujemy się z ludźmi, że to wy sobie kupcie kostiumy, zasponsorujcie kostiumy, a my zrobimy scenografię albo zapłacimy za… Potrzebowaliśmy do spektaklu o tańcu i tancerzach, potrzebowaliśmy znanego głosu. a ponieważ był to trochę jak film przyrodniczy o tancerzach, więc głos Krystyny Czubówny nam najbardziej pasował. No więc tekst różny o tańcu czyta Krystyna Czubówna i akurat wtedy zapłaciliśmy jej za za to, że nam nagrała te teksty od różnych osób. I na to mieliśmy, natomiast na inne rzeczy musieliśmy skombinować. No to takie rzeczy finansowe już wymagają kontaktu z dyrekcją, księgowość, główna księgowa, w jaki sposób to jest, czy można zrobić jakieś zakupy. Jeżeli mamy jakieś materiały do tego, możemy naszymi materiałami wesprzeć taką produkcję. Możemy pogadać z pracownią plastyczną, może ktoś te ptaki ci zrobi tutaj w dorożkarni.
Marcin Andrzejewski:
Ja bardzo bym chciał.
Dariusz Sikorski:
Jeżeli masz dwóch znajomych, którzy z Tobą chcą to robić, to przyjdzie instruktor i nauczy Was robić te ptaki. Bo one pewnie przy spektaklach będą się niszczyć, trzeba będzie robić następne. Nie wynajmiemy Ci może scenografa z wyższej półki, ale nauczymy Cię jak sobie radzić z taką produkcją, że czasem mniej znaczy więcej, że czasem trzeba się rozejrzeć wśród sąsiadów znajomych, a nóż mają, czasem trzeba coś napisać na Facebooku i nagle takiego kostiumu, którego szukałeś dwa lata, nagle masz pięć egzemplarzy, bo okazało się, że wszyscy to w domu mają, tylko nikt nie wiedział, że to jest do czegoś, albo tak się nazywa. A w piwnicy zalega. Więc czasem też produkujemy tak. Nie jesteśmy po prostu skarbcem z pieniędzmi. A nawet gdybyśmy mogli do każdego spektaklu kupować nowe kostiumy, nowe scenografie, to nie mamy gdzie tego trzymać. My po prostu mamy tu wszystko kompaktowe, popakowane do wielokrotnego użytku, do kubiki, które służą nadal i nikt sobie w ogóle nie wyobraża, jak by mogło kubików nie być. Mają ponad 30 lat. były scenografią w Teatrze Muzycznym Pantera, później je trochę obiliśmy materiałem, później trochę przemalowaliśmy, jeden ozłociliśmy do Mistrza i Małgorzaty, ale one cały czas są. Czasem służą jako stolik, czasem służą jako element scenografii, czasem grają w spektaklu, czasem są tylko ozdobą pod rzeźby gliniane na wystawie. są tak uniwersalne, przetrwały, były w pracowniach stolarskich, robione w zawodowych teatrach, przetrwały tyle lat i nadal są, funkcjonują. Więc uczymy też tego, jak można niedużym kosztem, w w miarę prosty sposób zrobić coś, żeby porozmawiać z drugim człowiekiem. Czasem studzimy plany, ale staramy się nie zabić tego entuzjazmu, tej pasji, która w człowieku jest, nawet jeżeli to jest słomiany zapał. Bo czasem zanim dojdzie do premiery już ci zmienia się pomysł i jednak to będzie zespół punkowy. Bo są takie fajne teksty na murach powypisywane, nie? I można z tego zrobić punkową piosenkę. I ludziom się teraz bardzo szybko zmienia. My jesteśmy trochę od tego, żeby jakby przy tej pasji utrzymać, żeby ją podgrzewać, podrajcowywać, żeby cały czas mieli z tego fun. żeby mogli mówić o tym, o czym chcą opowiadać i co ich naprawdę interesuje. No tak, my jesteśmy trochę takim kocykiem, który otuli i zapewni takie bezpieczeństwo. niewłażenia w niebezpieczne rejony, gdzie można się bardzo szybko zniechęcić, gdzie można się zderzyć z kimś, kto po prostu zepsuje Ci tę zabawę. Więc staramy się być takim kocykiem, a jednocześnie takim murem ochronnym przed wpływem, przed czym sami wszyscy staramy się bronić, czyli tym, że życie nas już dawno dogoniło, a teraz nas przegoniło i widzimy tylko zamazane tylne światła i tak naprawdę nie kumamy. I fajnie, jeżeli mamy taką możliwość i miejsce, gdzie możemy zdecydować się nie wsiadać do następnego wagonu i chwilę poczekać. Może to wróci do jakiejś normalności? Wróci na pewno, bo każda taka kiepska sytuacja na świecie wraca trochę ludzi do takiego poziomu, myślenia o sobie jako o człowieku, a nie o trybiku jakiejś wielkiej machiny, która nie wiemy dokąd zmierza.
Marcin Andrzejewski:
Bardzo Ci dziękuję za tą perspektywę. Dziękuję Ci za to, że robicie to, jak to robicie. I dziękuję Ci, że jesteś kocem i pomimo wszystko, ja będę chciał te ptaki zrobić.
Dariusz Sikorski:
Super, to zapraszamy, jeżeli tylko w głowie masz ułożone coś i chcesz. chcesz i jesteś otwarty na rozmowę, żeby porozmawiać o ptakach, o sztuce, o tym, jak chciałbyś współpracować z ludźmi, to zapraszamy serdecznie. Zaczniemy od kredensu. A my zaprosimy Cię najpierw na nasz spektakl, żebyś zobaczył taką dorożkarnię, trochę jak zaczarowaną dorożkę, czyli jak ona wygląda wieczorem, kiedy są wygaszone światła na korytarzach niejażeniowe, kiedy staramy się wprowadzić czasem jakiś zapach podobny do klimatu spektaklu, kiedy tymi wąskimi korytarzami oświetlonymi niebieskimi lampeczkami sobie zmierzasz na przygaszoną widownię, kiedy scena wygląda zupełnie inaczej niż za dnia, gdzie przed chwilą odbywały się zajęcia z breakdance’u, a za chwilę będzie to jakiś niewyobrażony świat z innego kompletnie klimatu czasów opowieści. I wtedy zobaczysz, co można zrobić i jaki jest kontakt z widownią, jak ta widownia jest blisko siebie. My nawet mamy takie wąskie krzesła, że nie ma oparć pomiędzy ludźmi. U nas ludzie siedzą w pełnym kontakcie i ze sobą, i z aktorami na scenie. To wszystko jest bardzo blisko. Blisko domu, ciepła, normalności.
Marcin Andrzejewski:
Dziękuję za to zaproszenie. Ja pozwolę je sobie scenować na wszystkich, którzy nas oglądali.
Dariusz Sikorski:
Bardzo proszę. Zapraszamy serdecznie do drożkarni na spektakle, wydarzenia, koncerty. Jesteśmy też w sieci. Będzie nam miło gościć.
Marcin Andrzejewski:
Zapraszamy.
Dariusz Sikorski:
Albo u Was w domach, albo u nas w naszym domu.
Marcin Andrzejewski:
Wszędzie. Dziękuję Ci bardzo.
Dariusz Sikorski:
Dzięki bardzo.